Czytając książkę Rhondi Byrne stwierdziłam, że pomimo tego, że jest ona ładnie wydana, napisana czytelnym przystępnym językiem i stała się światowym bestsellerem, nie wnosi tak naprawdę nic nowego w podstawowe ezoteryczne prawa rządzące światem, a mianowicie: „myśl jest materialna”, „siła wizualizacji i pozytywnego myślenia jest ogromna”, a „to co wewnątrz nas jest również i na zewnątrz w naszym życiu”, czy „należy nieustannie dziękować za rzeczy które nas spotykają”. Podobnie pisali Sviyash, Zeland, Levshinov, Hay, a nawet takie koncepcje możemy odnaleźć w Biblii.

Jedno zdanie natomiast mi osobiście podobało się, „że to czym jest nasze dotychczasowe życie jest zbiorem wszystkich naszych dobrych i złych myśli na przestrzeni wielu lat”. No cóż, spoglądając krytycznie na swój własny los musze stwierdzić, że źle nie jest, chociaż niektóre rzeczy mogłyby być zgoła inne…

Wielu ludzi zastanawia się: „czy to naprawdę działa?”. Cóż, odpowiedź jest TAK. Działa. Lecz tak naprawdę wszystko zależy od nas – naszych marzeń, ich intensywności, życia zgodnie ze sobą, optymizmu, braku niepotrzebnej zawziętości. Jest to trudna sztuka i nie każdemu się udaje. Ale próbować warto, bo cuda się zdarzają codziennie. A dla obeznanych jeszcze z tematem polecam tą książkę dla nauki stawiania pierwszych kroków w chmurach.

Reklamy

„Droga do szczęścia”, (ang. tytuł oryginalny „Revolutionary Road”) jest pierwszą a zarazem najlepszą powieścią amerykańskiego pisarza Richarda Yatesa. Książka wciąga od pierwszej strony i chociaż jest to powieść obyczajowa, napisana jest ona naprawdę błyskotliwie i nie sposób od niej się oderwać.

Wcześniej pisałam już o filmie o tym samym tytule, który sprawił, że sięgnęłam również po książkę i nie pozostałam rozczarowana, co do wartości artystycznej tego dzieła, wręcz przeciwnie – psychologiczna charakterystyka postaci została rozwinięta i pogłębiona. Rozczarowali mnie natomiast sami bohaterowie, w filmie reżyser Sam Menders przedstawił ich jako sympatycznych, ale nieco zagubionych młodych ludzi – w książce wydali mi się miałcy, nieciekawi, ale jednocześnie bardzo dumni i pewni swojej nadzwyczajnej wartości.

Droga do Szczęścia opowiada o prozie życia, niespełnionych marzeniach, rutynie i codzienności, ale jednocześnie mówi, że niedocenianie owego uporządkowanego bezpieczeństwa społecznego i materialnego może doprowadzić do tragedii.

Zwykle człowiek kiedy jest młody jest przekonany o własnej wyjątkowości, natomiast z wiekiem zaczyna zdawać sobie sprawę, że jest zwyczajny i tak naprawdę niczym się nie różni od reszty społeczeństwa ze swoimi nawykami, stylem życia, zachowaniem. Lecz jak tu się wyrwać z zaklętego kręgu i przede wszystkim następujące pytanie – czy warto?

Miałam wczoraj okazję być na tej sztuce i cóż pomimo tego, że sztuka grana już 5 lat w łódzkim Teatrze Jaracza cieszy się niesłabnącym powodzeniem – bilety trzeba rezerwować z dwumiesięcznym wyprzedzeniem, lecz wszystko jedno, na sali są dostawiane dodoatkowe krzsełka.

Jest to właściewie sztuka jednoosobowego aktora składająca sie z kilku zbawnych słodko-gorzkich historyjek, opowiadanych z narrację w pierwszej osobie. Kazda przedstawia historię osób z różnych grup społecznych – od bogaczy, przez klasę średnią, aż do żebraków chodzących po ulicy. Każdy z nich ma swoją historię do opowiedzenia, wspólnym mianownikiem których, jest miałkość naszego życia, naszych poczynań i codziennych czyności. Tę włąsnie miałkośc próbujemy zagłuszyć uzywkami, takimi jak prochy, seks, alkochol itp.. Bohaterami nie są kompletni degeneraci raczej normalni ludzie, którymi mogą być każdy z nas. Sztuka ma charakter bardzo uniwersalny, ale jednocześnie zawiera wiele ciekawych odnosników do współczesności i obecnej sytuacji w kraju.

Happy Go Lucky pomimo „szczęśliwego” tytułu nie jest typową komedią. Opowiada o życiu 30-letniej pogodnej nauczycielki, czerpiącej garściami z życia, cieszącej się każdym dniem, każdą chwilą, rozmową, aktywnością, czy to nauka tańca Flamenco, czy kurs prawa jazdy, czy praca w szkole. Wszystko wygląda przyjemnie i różowo, ale są pewne problemy, dzięki którym jej postać nie jest jednoznacznie biała. Co uważam oczywiście za ciekawy plus tego filmu.

Poppy nie ma rodziny, dzieci, poza pracą żadnych zobowiązań, mieszka od 10 lat ze współlokatorką, która na dodatek smakowicie gotuje. Taki tryb życia, pozwala jej co drugi dzień uczestniczyć w suto zakrapianych alkoholem imprezach i wypadach z dziewczynami na miasto lub na drinka. Poppy jest typową przedstawicielką współczesnej singielki, której cierpnie skóra na samą myśl o rodzinie, czy spłacie hipoteki, która by wiązałaby się ewentualnie z jej posiadaniem. Poppy jest wolnym ptakiem zachowanie której nie wiele pewnie się zmieniło od czasów studenckich.

Druga sprawa, która bardzo mi się podobała, to nauka jazdy samochodem. Instruktor jazdy Scott jest pełnym przeciwieństwem Poppy jest zgorzkniały, pesymistyczny i nerwowy, ale jednocześnie dokładny i przynajmniej próbujący trzymać się ustalonych norm społecznych. Poza tym jako uczennica Poppy jest koszmarna i niewątpliwie irytująca – chaotyczna, niedokładna, niepotrafiąca się skupić na nauce. Zachowanie Poppy jest przyczyną soczystego i świetnie aktorsko zagranego konfliktu pomiędzy nią a Scottem. Ów konflikt doszczętnie obnaża ich słabości.

Poppy pomimo, że jest osobą niewątpliwie miłą w pewien sposób jest irytująca dla widza. Ja osobiście nie mogłabym być jej współlokatorka, gdyż te fontanny pozytywnych emocji zwyczajnie by mnie męczyły. Natomiast na imprezę kumpela jak znalazł.

Więc ogólnie fajny film, super oddaje psychologię bohaterów jak i współczesne stereotypy.

Terry Gillam jest reżyserem na wskroś niezwykłym o tyle, że fascynują go absurdy w wielu niecodziennych postaciach. Przypomnijmy chociażby serię Monty Pytona. Po świetnych i wysokobudżetowych „ Nieustraszonych braci Grimm” nakręcił coś mniejszego, lecz również wbijającego w fotel, czym jest „Kraina traw”.

Ogólnie koncepcja jest taka: każdy z nas ma własny świat (i własne zabawki ;-) ), pytaniem jest kiedy nasza wyobraźnia zaczyna być ważniejsza od rzeczywistości i dlaczego tak się dzieje? Świat jest taki, jakim my go postrzegamy, ale zdarzają się momenty, kiedy nie chcemy przyjmować świata w takiej postaci, w jakiej go widzimy. Czasem ucieczka od rzeczywistości w wyimaginowany świat fantazji jest prostą drogą do obłędu. Granica niestety jest bardzo cienka. Właśnie o tym jest ten film.

Główną bohaterką jest mała dziewczynka, która przeprowadza się z ojcem do owej „Krainy traw”. Przyczyną przeprowadzki jest śmierć matki, spowodowanej przez przedawkowanie narkotyków. Ojciec ma ten sam problem i wykorzystuje małą do preparowania strzykawek działeczkami, aby odpłynąć na „wakacje”, które nie zawsze są krótkie. ;-) . „Kraina traw” to opuszczona i zapomniana przez świat wieś, zamieszkała jedynie przez owych dziwaków. Pusta i niebezpieczna, w której niejedna tragedia może się zdarzyć.

Główna bohaterka Eliza Rose spotyka w Krainie Traw Dell – ślepą na jedno oko pszczelarkę, która szczyci się podpaleniem pasieki. Jest to zemsta, gdyż właśnie pszczoła pozbawiła ją częściowo wzroku żądląc w oko. Jej brat Dickens również ma niezłe problemy ze sobą. Jest obłąkanym epileptykiem, udający kapitana łodzi podwodnej, który marzy o upolowaniu rekina, który jest tak naprawdę, przejeżdżającym, co jakiś czas przez pustkowie pociągiem. Eliza Rose zaprzyjaźnia się z Dickensem, lecz motywy tej przyjaźnie z każdej strony są zgoła odmienne…

Ogólnie film ma masę, mrożących krew w żyłach, turpistycznych i absurdalnych zwrotów akcji. A co jest rzeczywistością, co fantazją, zależy wyłącznie od widza. Główna bohaterka zagrała wprost fenomenalnie. Film jest niezwykle plastyczny, nieco „gotycki”, jeżeli chodzi o scenografię, ma ciekawą nienachalną ścieżkę dźwiękową. Mi osobiście bardzo się podobał. A sam reżyser twierdzi, że ten film można kochać lub nienawidzić. Ale być obojętnym? To już nie bardzo.

Po obejrzeniu „Oszukanej” zabrałam się za film o podobnej tematyce pt. „Gdzie jesteś Amando”, reżyserii Bena Afflecka. Słyszałam, że jest dobry, ba, nawet jeden z najlepszych w roku 2008 wg podsumowania Filmwebu. Cóż, nie rozczarowałam się, podobał mi nawet bardziej od „Oszukanej”, chociaż to zupełnie odmienny film.

Film jest ciekawy i przedstawia „prawdziwą” brudną Amerykę – ludzi z nadwagą, nałogami, problemami itp. Historia poprowadzona sprawnie i wszystko okazuje się nie takie, jak być powinno. W pewnych momentach fabuła nas niemiłosiernie zaskakuje.

No i pojawia się na końcu pewien dylemat, a właściwie dwa: ja postąpić i które wyjście jest dla Amandy najlepsze oraz czy samosąd na przestępcy jest moralnie poprawny.

Film dyskusyjny i po obejrzeniu zmusza do zastanowienia się nad naszą rzeczywistością, prawem moralnym a prawem spisanym w grubych kodeksach.

A Wy jak sądzicie jak powinien postąpić Patrick?

Rozmawiałam wczoraj z mamą przez telefon o celach życiowych, krótko- i długoterminowych planach i doszliśmy do wniosku, że bez sensu jest planować i myśleć, że jak osiągnę cel X, czy Y będę szczęśliwa i będzie fajnie. Bo to nieprawda. Życie dzieje się właśnie teraz i ważne jest aby być szczęśliwym teraz, odpuścić sobie i cieszyć się życiem. Nie znaczy to, że w ogóle nie mieć życiowych planów, dobrze jest je mieć pod warunkiem, że się je rzeczywiście realizuje, a nie żyje się nimi i odkłada się „na później”, „na następny poniedziałek”, „na następny rok”.

Mój ulubiony i cytowany już na tym blogu rosyjski pisarz Vadim Zeland pisze w swoich książkach, że niezrealizowane, „wiszące w powietrzu cele i plany, tylko niepotrzebnie pozbawiają nas życiowej energii i obciążają”. Więc lepiej jest sobie niektóre rzeczy odpuścić albo zacząć je wreszcie realizować, z tym, że najlepiej nie wszystkie naraz.

A postanowienia noworoczne? Może je po prostu zamienić na życzenia noworoczne?