Gran Torino to jeden z najlepszych filmów, które widziałam w ostatnim czasie. Co od razu zwraca uwagę i przekuwa uwagę to świetnie napisany scenariusz z błyskotliwymi „pełnokrwistymi dialogami”. Główny weteran wojny wietnamskiej Walt Kowalski jest niepoprawnie politycznie patriotą, starzejącym się mężczyzną, ale tak naprawdę facetem z krwi i kości, męskim, mającym swoje zasady, zdecydowanym. Pomimo swojego wieku nadal idealistycznie próbuje naprawić świat, chociaż częściej górę bierze zgorzknienie i niepogodzenie się z otaczającą rzeczywistością.

Walt Kowalski po śmierci żony zaprzyjaźnia się z sąsiedzką rodziną azjatycką. Chociaż nazywa ich „żółtkami” w pewnym momencie właśnie oni stają mu się bliżsi, niż własna rodzina, próbująca wysłać go do domu spokojnej starości. Właśnie tą rodzinę próbuje chronić przed najazdami chuligańskich gangów. Również inne drugoplanowe postacie – nawiedzony młody ksiądz, czy fryzjer świetnie dopełniają całą historię. Końcówka filmu jest mocna i zaskakująca, a cały film jest zgrabnym majstersztykiem, na dłużej zapadającym w pamięć.

„Droga do szczęścia”, (ang. tytuł oryginalny „Revolutionary Road”) jest pierwszą a zarazem najlepszą powieścią amerykańskiego pisarza Richarda Yatesa. Książka wciąga od pierwszej strony i chociaż jest to powieść obyczajowa, napisana jest ona naprawdę błyskotliwie i nie sposób od niej się oderwać.

Wcześniej pisałam już o filmie o tym samym tytule, który sprawił, że sięgnęłam również po książkę i nie pozostałam rozczarowana, co do wartości artystycznej tego dzieła, wręcz przeciwnie – psychologiczna charakterystyka postaci została rozwinięta i pogłębiona. Rozczarowali mnie natomiast sami bohaterowie, w filmie reżyser Sam Menders przedstawił ich jako sympatycznych, ale nieco zagubionych młodych ludzi – w książce wydali mi się miałcy, nieciekawi, ale jednocześnie bardzo dumni i pewni swojej nadzwyczajnej wartości.

Droga do Szczęścia opowiada o prozie życia, niespełnionych marzeniach, rutynie i codzienności, ale jednocześnie mówi, że niedocenianie owego uporządkowanego bezpieczeństwa społecznego i materialnego może doprowadzić do tragedii.

Zwykle człowiek kiedy jest młody jest przekonany o własnej wyjątkowości, natomiast z wiekiem zaczyna zdawać sobie sprawę, że jest zwyczajny i tak naprawdę niczym się nie różni od reszty społeczeństwa ze swoimi nawykami, stylem życia, zachowaniem. Lecz jak tu się wyrwać z zaklętego kręgu i przede wszystkim następujące pytanie – czy warto?

Dzisiaj Wam opowiem o jednym z „ambitnych” (właśnie w cudzysłowie!) filmów, oglądanie którego jest stratą czasu. Otóż jest to nagradzany na uznanych festiwalach film „33 sceny z życia”. Nie wiem, co ten film miał pokazać, sądzę, że reżyserka chciała opowiedzieć o codziennym życiu w rodzinie. Oczywiście są rodziny toksyczne, w których k*rwa i h*j są na porządku dziennym…Lecz film opowiada o rodzinie artystów, uznanych, mieszkającym w ładnym domu – pisarzy, plastyków, muzyków, więc chyba ludzi na pewnym poziomie… Infantylizm ich problemów mnie po prostu przerósł. A ich podejście do śmierci, bo właśnie o radzeniu sobie ze śmiercią bliskich nam osób jest ten film – żenujące i niepoważne. Reżyserka postawiła na dowcipność, która kojarzy się z debilizmem w czystej postaci.
Dla mnie cała historia opisana właśnie w owych 33 scenach nie ma nic wspólnego odwzorowaniem rzeczywistości. Jest wyssana z palca, jej zadaniem jest szokować widzów i wzbudzać niesmak.

A ponoć tak dużo dobrych scenariuszy marnuje się w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej…
W porównaniu chociażby z „Sennością” Magdaleny Piekorz „33 sceny z życia” znajdują się na rażąco niskim poziomie.

Poza tym 33 sceny z życia zastosował mylącą akcję promocyjną. Na plakacie reklamującym film widzimy parę, kobietę i mężczyznę – objęci, parzących sobie w oczy… Lecz to wcale nie jest film o miłości. Jest to film o niczym.

Ogólnie trochę zeszły mi emocje po obejrzeniu tego filmu, więc mogę coś napisać.

Zacznę od tego, że przeczytałam wśród recenzentów opinie, ze film wygładza historię, usprawiedliwia nazistów itp. Powiem, że nie wiem jak było naprawdę. Lecz przyjęłam ten film emocjonalnie, po kobiecemu i naprawdę wydał mi się bardzo smutną historię i osobiście nie zamierzam rozliczać głównej bohaterki z popełnionych prawdziwych, bądź rzekomych zbrodni. Wyglądało to trochę jak szukanie kozłów ofiarnych, bo wątpliwym faktem było, czy rzeczywiście sam sędzia (równolatek, a może nawet starszy do Hanny) nie miał nic wspólnego z SS

Kate Winslet zagrała postać piękną, zarówno ciałem, w którym zakochał się Michael jak i duszą, w której było umiłowanie literatury, czy wzruszanie się śpiewem kościelnym. Postać z jednej strony pedantyczna, co można zaobserwować w wielu scenach, jak lubiąca zaskoczenie i niespodzianki. Zresztą sama aktorka ma w sobie cos bardzo sympatycznego. Może nie powinna grać nazistki? Ale kto by wtedy nas tak bardzo wzruszył i dosłownie rozłożył na łopatki w „Lektorze”?

Co do roli męskiej rzeczywiście młody David Kross zagrał fenomenalnie i życzę długiej i owocnej kariery temu młodzieńcowi J. Jedną rzecz zauważyłam w tym filmie, która determinuje całą historię. A był nią WSTYD, wstydzi się Michael, nie ujawniając prawdy o Hannie, wstydzi się Hanna nie ujawniając prawdy o samej sobie. To właśnie uczucie zażenowania łamie bohaterom życie, prowadząc do tragicznego końca.

Reżyser Stephen Daldry w „Lektorze” bardzo umiejętnie buduje emocjonalne napięcie w widzu, które w pewnym momencie staje się nie do wytrzymania. Oglądanie tego filmu boli, jednocześnie nie jesteśmy w stanie oderwać wzroku od ekranu. Jeden z najlepszych filmów, który ostatnio widziałam, pozycja obowiązkowa.

Po obejrzeniu „Oszukanej” zabrałam się za film o podobnej tematyce pt. „Gdzie jesteś Amando”, reżyserii Bena Afflecka. Słyszałam, że jest dobry, ba, nawet jeden z najlepszych w roku 2008 wg podsumowania Filmwebu. Cóż, nie rozczarowałam się, podobał mi nawet bardziej od „Oszukanej”, chociaż to zupełnie odmienny film.

Film jest ciekawy i przedstawia „prawdziwą” brudną Amerykę – ludzi z nadwagą, nałogami, problemami itp. Historia poprowadzona sprawnie i wszystko okazuje się nie takie, jak być powinno. W pewnych momentach fabuła nas niemiłosiernie zaskakuje.

No i pojawia się na końcu pewien dylemat, a właściwie dwa: ja postąpić i które wyjście jest dla Amandy najlepsze oraz czy samosąd na przestępcy jest moralnie poprawny.

Film dyskusyjny i po obejrzeniu zmusza do zastanowienia się nad naszą rzeczywistością, prawem moralnym a prawem spisanym w grubych kodeksach.

A Wy jak sądzicie jak powinien postąpić Patrick?

Obejrzałam „Oszukaną” i muszę przyznać, że film jest bardzo dobry. Po pierwsze bardzo dobrze i dokadnie zostały odwzrowane lata 20, dbalość o szczegóły historyczne jest imponująca. Stare samochody, tramwaje, wnętrza, ubiory bohaterów. Bardzo ciekawie zrobili miejsce pracy telefonistek i …szpital psychiatryczny.

Film został sprawnie zrealizowany a historia naprawdę ciekawa i bardzo szybko wciąga. Nie jest za bardzo sentymentalna, wręcz przeciwnie została opowiedziana bardzo powściągliwie. „Oszukana” dotyka bardzo powaznego tematu i wielkiej zbrodni. Ogólnie zauważyłam, że Eastwood lubi „cięzkie” poważne tamaty, chociażby w „Za wszelką cenę”.

Co do gry aktorskiej Jolie jest OK. Troszkę biło od niej pewnym chłodem. Może to przemęcznie od bycia osobą superpubliczną? Jej emocje były kontrolowane, i ta pewna powściągliwość. A może to moje prywatne wrażenie?
A na koniec pozostał taki niedosyt…pytanie, co tak naprawdę wydarzyło się?

Polecam!

Obejrzawszy ten film byłam w szoku. Mój stan psychiczny wynikał po prostu z siły i prawdziwości przekazu tego filmu. Nawet parę godzin po obejrzeniu trzymało mnie, „to coś” w środku. Przyklejony żołądek do kręgosłupa, może?

Dla mnie ten film nie miał słabych momentów. Aktorstwo głównych bohaterów Kate Winslet i Leonardo DiCaprio było zaiste genialne, koncertowe. Role drugoplanowe również nadzwyczaj dobre, chociażby Michael’a Shannon’a, który zagrał obłąkanego Johna Givings (nominacja do Oskara za najlepszą rolę drugoplanową).

Przechodząc do treści – film opisuje przeciętne amerykańskie małżeństwo, mieszkające na przedmieściach. On jest pracownikiem biurowym w dużej korporacji, ona zaś gospodynią domową, opiekującą się miłym, białym domkiem i dwójką dzieci. Problem, zaś jest w tym, że bohaterowie wcale nie chcą być przeciętni. Wręcz przeciwnie, oboje są przekonani o własnej wyjątkowości, wyższości nad błahymi sprawami życia codziennego. Główna bohaterka pani Wheeler (Kate Winslet) jest niespełnioną aktorką, Pan Wheeler też uważa się, że może dokonać w życiu czegoś więcej, aniżeli praca za biurkiem w nudnej korporacji, tyle, że sam za bardzo nie wie, co. Więc oboje wpadają na prosty i świetny pomysł, aby sprzedać dom, samochód, rzucić dotychczasowe życie i wyemigrować do Paryża, „bo tam ludzie tak naprawdę żyją, a nie egzystują z dnia na dzień”. Niestety ich plany zostają pokrzyżowane i tutaj zaczyna się dramat, który prowadzi do sytuacji bez wyjścia, istnie patowej, która kończy się…

Nie będę może zdradzać zakończenia, po obejrzeniu, którego znalazłam się właśnie w stanie owego szoku. Powiem tylko, że ten film powinien obejrzeć każdy intelektualista, czy artysta, bo problem Państwa Wheelerów dotyczy wielu z nas. Ja zobaczyłam siebie w tym filmie i pewne sprawy mojego życia wyciągnął ten film na wierzch. Dystrybutorzy reklamowali ten film:, co by było gdyby „Titanic” nie zatonął, czyżby bohaterowie żyli długo i szczęśliwie? Uważam, że takie rozumowanie jest nieco za płytkie, bo wymowa tego filmu jest dużo głębsza.

Gorąco polecam!