Ostatnio miałam okazję obejrzeć „mały”, mało znany, ale bardzo klimatyczny film ze stawiającą pierwsze kroki w aktorskie Angeliną Jolie w roli głównej. Bardzo wciągający, kobiecy, gdyż wyreżyserowany przez kobietę, z paroma dziewczynami w rolach głównych. Wśród niektórych kręgów, a w szczególności wśród młodych dziewczyn film stał się kultowy, gdyż świetnie prezentuje psychologię nastoletnich dziewczyn, przyjaźń i marzenia. Poza tym film posiada naprawdę ujmującą rockową ścieżkę dźwiękową. Polecam!

„Droga do szczęścia”, (ang. tytuł oryginalny „Revolutionary Road”) jest pierwszą a zarazem najlepszą powieścią amerykańskiego pisarza Richarda Yatesa. Książka wciąga od pierwszej strony i chociaż jest to powieść obyczajowa, napisana jest ona naprawdę błyskotliwie i nie sposób od niej się oderwać.

Wcześniej pisałam już o filmie o tym samym tytule, który sprawił, że sięgnęłam również po książkę i nie pozostałam rozczarowana, co do wartości artystycznej tego dzieła, wręcz przeciwnie – psychologiczna charakterystyka postaci została rozwinięta i pogłębiona. Rozczarowali mnie natomiast sami bohaterowie, w filmie reżyser Sam Menders przedstawił ich jako sympatycznych, ale nieco zagubionych młodych ludzi – w książce wydali mi się miałcy, nieciekawi, ale jednocześnie bardzo dumni i pewni swojej nadzwyczajnej wartości.

Droga do Szczęścia opowiada o prozie życia, niespełnionych marzeniach, rutynie i codzienności, ale jednocześnie mówi, że niedocenianie owego uporządkowanego bezpieczeństwa społecznego i materialnego może doprowadzić do tragedii.

Zwykle człowiek kiedy jest młody jest przekonany o własnej wyjątkowości, natomiast z wiekiem zaczyna zdawać sobie sprawę, że jest zwyczajny i tak naprawdę niczym się nie różni od reszty społeczeństwa ze swoimi nawykami, stylem życia, zachowaniem. Lecz jak tu się wyrwać z zaklętego kręgu i przede wszystkim następujące pytanie – czy warto?

Przyszedł czas na nowego odnowionego Star Treka i muszę napisać, że po obejrzeniu nowego „dzieła” poczułam się rozczarowana. Wiadomo, że efekty specjalne jak i techniczna realizacja filmu zostały zrobione na najwyższym poziomie, lecz chodzi mi głównie o scenariusz, o treść.

Film został nakręcony właściwie dla nastolatków i zawiera dużą dawkę gagów i humoru, jak dla mnie trochę infantylnego. Zabrakło tajemnicy, klimatu, naukowego podejścia załogi Enterprise. Nawet tematy alternatywnego rozwoju zdarzeń, czy czarnych dziur zostały pokazane jak coś oczywistego, nieciekawego, ot przysłowiowa „bułka z masłem”. W nowym Star Treku Uhura biega w mini spódnicy i podrywa Spocka. Kirk jest niepokornym zawadiaką wdającym się w liczne bójki, a Chekov żałośnie nadużywa rosyjskiego akcentu, aby wywołać wrażenie komiczności swojej postaci.
W nowym Star Treku dużo się dzieje, i cały czas jesteśmy świadkami wartko toczonej i brawurowej akcji. Początek filmu to jedna wielka katastrofa z rodzącą kobietą w tle. Nie ma tu powolnego budowania napięcia, jak mamy w wielkich ekranizacjach science fiction – Odysei, Obcym, Coś, starym Star Treku i wielu innych. Bo po co nudzić młodych widzów przez połowę filmu? Jest to popcornowa rozrywka dla mało wymagającego widza.

Miałam wczoraj okazję być na tej sztuce i cóż pomimo tego, że sztuka grana już 5 lat w łódzkim Teatrze Jaracza cieszy się niesłabnącym powodzeniem – bilety trzeba rezerwować z dwumiesięcznym wyprzedzeniem, lecz wszystko jedno, na sali są dostawiane dodoatkowe krzsełka.

Jest to właściewie sztuka jednoosobowego aktora składająca sie z kilku zbawnych słodko-gorzkich historyjek, opowiadanych z narrację w pierwszej osobie. Kazda przedstawia historię osób z różnych grup społecznych – od bogaczy, przez klasę średnią, aż do żebraków chodzących po ulicy. Każdy z nich ma swoją historię do opowiedzenia, wspólnym mianownikiem których, jest miałkość naszego życia, naszych poczynań i codziennych czyności. Tę włąsnie miałkośc próbujemy zagłuszyć uzywkami, takimi jak prochy, seks, alkochol itp.. Bohaterami nie są kompletni degeneraci raczej normalni ludzie, którymi mogą być każdy z nas. Sztuka ma charakter bardzo uniwersalny, ale jednocześnie zawiera wiele ciekawych odnosników do współczesności i obecnej sytuacji w kraju.

Płytkę Depeche Mode pt. Sounds of Universe” przesłuchałam parę razy i muszę stwierdzić, że całkiem mi się podoba. Mogę napisać „całkiem mi się podoba”, co nie oznacza bezkrytycznego zachwytu, czy uwielbienia, którym darzyłam niektóre ich poprzednie nagrania. Płyta Depeche Mode trzyma swój poziom, jest poprawna, ma wyrazistą linię melodyjną, słuchając jej wiadomo, że taką muzykę mogli nagrać nie, kto inny, ale tylko Depeche Mode. Zabrakło w niej jednak tego czegoś, tego rodzynka, tej przysłowiowej „iskty bożej”, dzięki której niektóre dobra kulturalne robią się kultowe i zaczynają żyć własnym ciekawym życiem. Może nie dostrzegam jednak tego czegoś? Może Panowie z DM robią się coraz starsi i też ciężko im wykrzesać z siebie trochę ognia? Ogólnie utwory nie są złe, ba dużo lepsze niż ogól muzyki, dostępny na rynku.

W „Sounds Of Universe” Depeche Mode duży nacisk położyli na elektroniczne aranżacje utworów. Trochę żałuję, że nie ma w płycie tego rockowego pazura, który można było usłyszeć na takich płytach jak „Ultra”, czy „Songs of Faith and Devotion”. Początek pierwszego utworu sprawia, czy zastanawiamy się, czy nie mamy przypadkiem zepsutego odtwarzacza płyt, ale później już pierwsze dwa utwory brzmią całkiem poprawnie. Trzeci singiel „Wrong” już nam znajomy i grany często dość często przez liczne stacje radiowe brzmi całkiem interesująco i świeżo na tle innych utworów. Następna kompozycja Fragile Tension należy do moich ulubionych na płycie i klimatem przypomina mi „Behind The Wheel”. Natomiast „In Sympathy” to murowany przebój w stylu „Enjoy The Silence” i świetnie nadawałby się na singiel promocyjny. Bardzo ciekawy jest również „Peace” kojarzący mi się zarówno muzyką jak i tekstem z newage’owymi klimatami. Jeżeli chodzi o utopijny „Perfect” najbardziej on współgra z tytułem samej płyty, gdy Dave śpiewa: „On another world by another star. At another place in time. In another state of consciousness In another state of mind. Everything was almost perfect.Everything fell into place. „. Nie sposób natomiast pominą utworu „Jezebel”, jako jedynego na płycie śpiewane go przez Martina – on to potrafi wprowadzić nas w swój zamknięty introwertyczny klimat.

Podsumowując bardzo dobra płyta i pomimo moich niektórych moich osobistych obiekcji warto ją poznać.

„Gildia Magów” jest pierwszą częścią Trylogii Czarnego Maga autorstwa amerykańskiej pisarki fantasy Trudi Canavan. Pisząc o tej książce muszę przyznać, że na początku czytałam tę powieść bez emocji, bo przez pierwszą połową książki przebieg akcji zasadniczo się nie zmieniał, pomimo jednak braku statyczności. Książka jest napisana prostym językiem i pomimo specjalistycznego słownictwa wymyślonego przez pisarkę, dotyczącego zarówno niezwykłych napojów, żargonów mieszkańców, aż po nazwy zwierząt, oraz rozrysowanych map, gdzie dzieją się wydarzenia (mapa miasta Imardinu i mapa Gildii Magów) daleko autorce do Tolkiena.

W swojej drugiej połowie książka już bardziej mnie wciągnęła w bajkowy świat i została zawiązana dość ciekawa intryga, która daje obietnicę rozwinąć się w następnej części pt. „Nowicjuszka”. Lecz zło, a raczej zły bohater przewijający się przez pierwszą część zostaje słusznie ukarany, a dobro zwycięża.

Trochę więcej może bym się spodziewała po takiej książce, po prostu wołałbym, aby była ciekawsza, a może „fantasy” to jednak nie mój gatunek literatury? Daje on ogromne możliwości. Szkoda, że autorka ich nie wykorzystała w ciekawszy sposób, no chyba, że następnych częściach…

Happy Go Lucky pomimo „szczęśliwego” tytułu nie jest typową komedią. Opowiada o życiu 30-letniej pogodnej nauczycielki, czerpiącej garściami z życia, cieszącej się każdym dniem, każdą chwilą, rozmową, aktywnością, czy to nauka tańca Flamenco, czy kurs prawa jazdy, czy praca w szkole. Wszystko wygląda przyjemnie i różowo, ale są pewne problemy, dzięki którym jej postać nie jest jednoznacznie biała. Co uważam oczywiście za ciekawy plus tego filmu.

Poppy nie ma rodziny, dzieci, poza pracą żadnych zobowiązań, mieszka od 10 lat ze współlokatorką, która na dodatek smakowicie gotuje. Taki tryb życia, pozwala jej co drugi dzień uczestniczyć w suto zakrapianych alkoholem imprezach i wypadach z dziewczynami na miasto lub na drinka. Poppy jest typową przedstawicielką współczesnej singielki, której cierpnie skóra na samą myśl o rodzinie, czy spłacie hipoteki, która by wiązałaby się ewentualnie z jej posiadaniem. Poppy jest wolnym ptakiem zachowanie której nie wiele pewnie się zmieniło od czasów studenckich.

Druga sprawa, która bardzo mi się podobała, to nauka jazdy samochodem. Instruktor jazdy Scott jest pełnym przeciwieństwem Poppy jest zgorzkniały, pesymistyczny i nerwowy, ale jednocześnie dokładny i przynajmniej próbujący trzymać się ustalonych norm społecznych. Poza tym jako uczennica Poppy jest koszmarna i niewątpliwie irytująca – chaotyczna, niedokładna, niepotrafiąca się skupić na nauce. Zachowanie Poppy jest przyczyną soczystego i świetnie aktorsko zagranego konfliktu pomiędzy nią a Scottem. Ów konflikt doszczętnie obnaża ich słabości.

Poppy pomimo, że jest osobą niewątpliwie miłą w pewien sposób jest irytująca dla widza. Ja osobiście nie mogłabym być jej współlokatorka, gdyż te fontanny pozytywnych emocji zwyczajnie by mnie męczyły. Natomiast na imprezę kumpela jak znalazł.

Więc ogólnie fajny film, super oddaje psychologię bohaterów jak i współczesne stereotypy.