książki


Wakacje już dawno się skończyły i trochę w ten czas zaniedbałam pisanie swojego blogu, co postaram się w długie jesienne wieczory nadrobić. A jest, czym: przeczytane książki, przesłuchana muzyka obejrzane filmy, wykonane zdjęcia, rozmyślania itp.

Dziś może skupię się na książkach. A właściwie dwóch, które ostatnio przeczytałam – „Nocna Straż” lub „Nocny Patrol” i „Dzienna Straż” lub „Dzienny Patrol” autorstwa Siergieja Łukjanienki. Oczywiście oby dwie książki przeczytałam w oryginale, czyli języku rosyjskim. Ogólnie czytanie książek w oryginale, zawsze daje ciekawe i miłe doznania i pokazuje rzeczywistość z troszkę innej, często odmiennej perspektywy. Ale wracając do powieści – na początku zafascynował mnie film reżyserii Timura Bekmambetova. Oglądałam go dokładnie pierwszego listopada 2004 roku i stwierdziłam, że jest dużo lepszym „pokarmem” dla mojej duszy w ten dzień niż chodzenie do Kościoła lub po zatłoczonych dymiących cmentarzach. Szczególnie zapadł mi w pamięć wątek Swiety, która przeklęła samą, siebie, co spowodowało niebezpieczne zachwianie równowagi pomiędzy Złem i Dobrem. Druga część tej sagi filmowej już niezupełnie mi przypadła do gustu i zbytnio lizała po piętach „Gwiezdnym wojnom”, jeżeli chodzi o scenariusz. Oh., ten konflikt pomiędzy ojcem i synem…W książkach Łukjanienko tego raczej nie znajdziecie.

Książki natomiast są napisane zgrabnie, z fantazją i wyjątkowo lekko je się czyta. Takie przygodowe lekkie science fiction. Oczywiście nie brakuje tam refleksji na temat Dobra i Zła, konieczności zachowania równowagi, opisów aur, Mocy, charakterystyk wampirów i innych postaci. Świetne również są opisy deszczowo-zimowej współczesnej Moskwy, przypominające mi obrazy z dzieciństwa. Ogólnie Łukjanienko jest niezwykle płodnym autorem wiele książek i cykli opowieści. Może mistrzem literatury nie jest ale warto go poczytać.

 

Reklamy

Z amerykańskim autorem Deanem Koontzem mam do czynienia po raz pierwszy i muszę przyznać, że jego książka pt. „Watchers” zrobiła na mnie bardzo przyjemne wrażenie. Zadanie miałam o tyle utrudnione, gdyż była to pierwsza moja książka przeczytana w całości po angielsku.

Historia jest logiczne i ciekawie napisane. Brak jest błędów w fabule, bardzo szczegółowe precyzyjne opisy zdarzeń, dobry zarys psychologiczny. Chociaż książka jest na wskroś amerykańska, jednak powiedziałabym, że jest to w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Nie wiem, dlaczego, ale nie przepadam za Stevenem Kingiem, gdyż ma pewną manierę pisania, która mnie trochę zraża, natomiast Koontz? Nawet pokusiłabym się o stwierdzenie, że jest lepszy od Kinga, chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że tutaj, wielbiciele Kinga mnie zaszlachtują…;-). Historia miała w sobie nie tylko pierwiastek nadprzyrodzony, który aż prosił się o zastanowieniu się nad naszą kondycją ludzkości, ale powieść również była wzruszająca, dowcipna i oczywiście groźna. Polecam na wakacje!

Czytając książkę Rhondi Byrne stwierdziłam, że pomimo tego, że jest ona ładnie wydana, napisana czytelnym przystępnym językiem i stała się światowym bestsellerem, nie wnosi tak naprawdę nic nowego w podstawowe ezoteryczne prawa rządzące światem, a mianowicie: „myśl jest materialna”, „siła wizualizacji i pozytywnego myślenia jest ogromna”, a „to co wewnątrz nas jest również i na zewnątrz w naszym życiu”, czy „należy nieustannie dziękować za rzeczy które nas spotykają”. Podobnie pisali Sviyash, Zeland, Levshinov, Hay, a nawet takie koncepcje możemy odnaleźć w Biblii.

Jedno zdanie natomiast mi osobiście podobało się, „że to czym jest nasze dotychczasowe życie jest zbiorem wszystkich naszych dobrych i złych myśli na przestrzeni wielu lat”. No cóż, spoglądając krytycznie na swój własny los musze stwierdzić, że źle nie jest, chociaż niektóre rzeczy mogłyby być zgoła inne…

Wielu ludzi zastanawia się: „czy to naprawdę działa?”. Cóż, odpowiedź jest TAK. Działa. Lecz tak naprawdę wszystko zależy od nas – naszych marzeń, ich intensywności, życia zgodnie ze sobą, optymizmu, braku niepotrzebnej zawziętości. Jest to trudna sztuka i nie każdemu się udaje. Ale próbować warto, bo cuda się zdarzają codziennie. A dla obeznanych jeszcze z tematem polecam tą książkę dla nauki stawiania pierwszych kroków w chmurach.

„Droga do szczęścia”, (ang. tytuł oryginalny „Revolutionary Road”) jest pierwszą a zarazem najlepszą powieścią amerykańskiego pisarza Richarda Yatesa. Książka wciąga od pierwszej strony i chociaż jest to powieść obyczajowa, napisana jest ona naprawdę błyskotliwie i nie sposób od niej się oderwać.

Wcześniej pisałam już o filmie o tym samym tytule, który sprawił, że sięgnęłam również po książkę i nie pozostałam rozczarowana, co do wartości artystycznej tego dzieła, wręcz przeciwnie – psychologiczna charakterystyka postaci została rozwinięta i pogłębiona. Rozczarowali mnie natomiast sami bohaterowie, w filmie reżyser Sam Menders przedstawił ich jako sympatycznych, ale nieco zagubionych młodych ludzi – w książce wydali mi się miałcy, nieciekawi, ale jednocześnie bardzo dumni i pewni swojej nadzwyczajnej wartości.

Droga do Szczęścia opowiada o prozie życia, niespełnionych marzeniach, rutynie i codzienności, ale jednocześnie mówi, że niedocenianie owego uporządkowanego bezpieczeństwa społecznego i materialnego może doprowadzić do tragedii.

Zwykle człowiek kiedy jest młody jest przekonany o własnej wyjątkowości, natomiast z wiekiem zaczyna zdawać sobie sprawę, że jest zwyczajny i tak naprawdę niczym się nie różni od reszty społeczeństwa ze swoimi nawykami, stylem życia, zachowaniem. Lecz jak tu się wyrwać z zaklętego kręgu i przede wszystkim następujące pytanie – czy warto?

„Gildia Magów” jest pierwszą częścią Trylogii Czarnego Maga autorstwa amerykańskiej pisarki fantasy Trudi Canavan. Pisząc o tej książce muszę przyznać, że na początku czytałam tę powieść bez emocji, bo przez pierwszą połową książki przebieg akcji zasadniczo się nie zmieniał, pomimo jednak braku statyczności. Książka jest napisana prostym językiem i pomimo specjalistycznego słownictwa wymyślonego przez pisarkę, dotyczącego zarówno niezwykłych napojów, żargonów mieszkańców, aż po nazwy zwierząt, oraz rozrysowanych map, gdzie dzieją się wydarzenia (mapa miasta Imardinu i mapa Gildii Magów) daleko autorce do Tolkiena.

W swojej drugiej połowie książka już bardziej mnie wciągnęła w bajkowy świat i została zawiązana dość ciekawa intryga, która daje obietnicę rozwinąć się w następnej części pt. „Nowicjuszka”. Lecz zło, a raczej zły bohater przewijający się przez pierwszą część zostaje słusznie ukarany, a dobro zwycięża.

Trochę więcej może bym się spodziewała po takiej książce, po prostu wołałbym, aby była ciekawsza, a może „fantasy” to jednak nie mój gatunek literatury? Daje on ogromne możliwości. Szkoda, że autorka ich nie wykorzystała w ciekawszy sposób, no chyba, że następnych częściach…

Powieść angielskiego pisarza Kevina Brooksa pt. „Candy”, niedawno wydana pierwszych Polsce, wciąga od pierwszych stron. Narratorem jest 16 letni chłopak o imieniu Joe, niezdarny i trochę niepewny siebie nastolatek przechodzący przez „bóle i smutki” okresu dojrzewania. Przydarza mu się miłość, na którą czekał i jako młody chłopak na pewno skrycie marzył. Nie wie jeszcze jak bardzo to uczucie zmieni jego dotychczasowe życie i jego samego…

A oto zwiastun książki:

Spotkałam się ostatnio z opinią, że kobiety nie lubią lub nie chcą czytać Lema. Będąc kobietą oczywiście to zdanie podważyłam, gdyż czytam np. ostatnio „Opowieści o pilocie Pirxie”. Ale stwierdzenie zostało wysnute nie bez powodu i ma jakieś uzasadnienie. Gdyż Lem to taki męski pisarz.

Dlaczego, więc Lem jest „męskim” pisarzem? Lem jest skrupułatny i dokładny w technicznych opisach z męska precyzją opisuje zarówno działania maszyn, jak i własne uczucia bohatera. Kobiety nie analizują, aż tak mocno, lecz po prostu czują. Emocje u Lema są spokojne, męskie, chłodne.

Poza tym powieści Lema opisują marzenia mężczyzny-chłopca, które się spełniły – męskie marzenia o lataniu, przygodach, kosmosie, wysiłku fizycznym i intelektualnym, przyjaźni z robotami i innymi maszynami.

Następna strona »