Gran Torino to jeden z najlepszych filmów, które widziałam w ostatnim czasie. Co od razu zwraca uwagę i przekuwa uwagę to świetnie napisany scenariusz z błyskotliwymi „pełnokrwistymi dialogami”. Główny weteran wojny wietnamskiej Walt Kowalski jest niepoprawnie politycznie patriotą, starzejącym się mężczyzną, ale tak naprawdę facetem z krwi i kości, męskim, mającym swoje zasady, zdecydowanym. Pomimo swojego wieku nadal idealistycznie próbuje naprawić świat, chociaż częściej górę bierze zgorzknienie i niepogodzenie się z otaczającą rzeczywistością.

Walt Kowalski po śmierci żony zaprzyjaźnia się z sąsiedzką rodziną azjatycką. Chociaż nazywa ich „żółtkami” w pewnym momencie właśnie oni stają mu się bliżsi, niż własna rodzina, próbująca wysłać go do domu spokojnej starości. Właśnie tą rodzinę próbuje chronić przed najazdami chuligańskich gangów. Również inne drugoplanowe postacie – nawiedzony młody ksiądz, czy fryzjer świetnie dopełniają całą historię. Końcówka filmu jest mocna i zaskakująca, a cały film jest zgrabnym majstersztykiem, na dłużej zapadającym w pamięć.

Reklamy