Dzisiaj Wam opowiem o jednym z „ambitnych” (właśnie w cudzysłowie!) filmów, oglądanie którego jest stratą czasu. Otóż jest to nagradzany na uznanych festiwalach film „33 sceny z życia”. Nie wiem, co ten film miał pokazać, sądzę, że reżyserka chciała opowiedzieć o codziennym życiu w rodzinie. Oczywiście są rodziny toksyczne, w których k*rwa i h*j są na porządku dziennym…Lecz film opowiada o rodzinie artystów, uznanych, mieszkającym w ładnym domu – pisarzy, plastyków, muzyków, więc chyba ludzi na pewnym poziomie… Infantylizm ich problemów mnie po prostu przerósł. A ich podejście do śmierci, bo właśnie o radzeniu sobie ze śmiercią bliskich nam osób jest ten film – żenujące i niepoważne. Reżyserka postawiła na dowcipność, która kojarzy się z debilizmem w czystej postaci.
Dla mnie cała historia opisana właśnie w owych 33 scenach nie ma nic wspólnego odwzorowaniem rzeczywistości. Jest wyssana z palca, jej zadaniem jest szokować widzów i wzbudzać niesmak.

A ponoć tak dużo dobrych scenariuszy marnuje się w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej…
W porównaniu chociażby z „Sennością” Magdaleny Piekorz „33 sceny z życia” znajdują się na rażąco niskim poziomie.

Poza tym 33 sceny z życia zastosował mylącą akcję promocyjną. Na plakacie reklamującym film widzimy parę, kobietę i mężczyznę – objęci, parzących sobie w oczy… Lecz to wcale nie jest film o miłości. Jest to film o niczym.

Reklamy