Lubię filmy science fiction (zarówno jak literaturę o takiej tematyce), ale ostatnio miałam okazję trafić na 2 całkowite gnioty przed którymi chciałabym przestrzec użytkowników:

Pierwszy to Czerwona Planeta/ Red Planet z 2001 roku.
Otóż na Ziemi zaczyna brakować tlenu i ludzkość postanawia wytwarzać go za pomocą alg i glonów na Marsie, jednak cos się na planecie staje, co sprawia, że algi przestają rozmnażać się. Ekipa dzielnych astronautów wraz z piękną? panią kapitan (znana z Matrixu Trinity) lecą za zwiady i w celu uratowania ludzkości. Później już same niekonsekwencje, okazuje się, że na marsie jest tlen! Wytwarzany przez pewnych robaków, zjadających owe algi Lecz dzielni kosmonauci, wymierają po kolei (z różnych przyczyn, które nie będę zdradzać), pozostaje ten najlepszy Robby Gallagher (grany przez Van Kilera, który zdobywa zaszczyt dostąpić ręki pięknej pani kapitan. Happy End, napisy końcowe i w ogóle. Między czasie w filmie mamy wątek zbuntowanego robota, który niesamowicie przypomina Obcego swoim krwiożerczym zachowaniem. Nuda i żenada. Nie polecam! Do „Pamięci Absolutnej” ten film dzieli prawdziwa przepaść.

Drugi natomiast to film o tytule Dzień Zagłady/Deep Impast
Na Ziemię ma spaść kometa, czyli typowa tematyka katastroficzna. Dla uratowania ludzkości w kosmos lecą dzielni astronauci, którzy ratują Ziemię, ale giną. Jednakże kawałek komety jednak wpada do oceanu i kolejni ludzie giną. Lecz nie wszyscy, chociażby irytujący odkrywca komety, chłopiec o nazwisku Biedermann (Eliah Wood). Coś stylu „Armagedonu”.

Reklamy