Czytając książkę Rhondi Byrne stwierdziłam, że pomimo tego, że jest ona ładnie wydana, napisana czytelnym przystępnym językiem i stała się światowym bestsellerem, nie wnosi tak naprawdę nic nowego w podstawowe ezoteryczne prawa rządzące światem, a mianowicie: „myśl jest materialna”, „siła wizualizacji i pozytywnego myślenia jest ogromna”, a „to co wewnątrz nas jest również i na zewnątrz w naszym życiu”, czy „należy nieustannie dziękować za rzeczy które nas spotykają”. Podobnie pisali Sviyash, Zeland, Levshinov, Hay, a nawet takie koncepcje możemy odnaleźć w Biblii.
Jedno zdanie natomiast mi osobiście podobało się, „że to czym jest nasze dotychczasowe życie jest zbiorem wszystkich naszych dobrych i złych myśli na przestrzeni wielu lat”. No cóż, spoglądając krytycznie na swój własny los musze stwierdzić, że źle nie jest, chociaż niektóre rzeczy mogłyby być zgoła inne…
Wielu ludzi zastanawia się: „czy to naprawdę działa?”. Cóż, odpowiedź jest TAK. Działa. Lecz tak naprawdę wszystko zależy od nas – naszych marzeń, ich intensywności, życia zgodnie ze sobą, optymizmu, braku niepotrzebnej zawziętości. Jest to trudna sztuka i nie każdemu się udaje. Ale próbować warto, bo cuda się zdarzają codziennie. A dla obeznanych jeszcze z tematem polecam tą książkę dla nauki stawiania pierwszych kroków w chmurach.
„Droga do szczęścia”, (ang. tytuł oryginalny „Revolutionary Road”) jest pierwszą a zarazem najlepszą powieścią amerykańskiego pisarza Richarda Yatesa. Książka wciąga od pierwszej strony i chociaż jest to powieść obyczajowa, napisana jest ona naprawdę błyskotliwie i nie sposób od niej się oderwać.
Wcześniej pisałam już o filmie o tym samym tytule, który sprawił, że sięgnęłam również po książkę i nie pozostałam rozczarowana, co do wartości artystycznej tego dzieła, wręcz przeciwnie – psychologiczna charakterystyka postaci została rozwinięta i pogłębiona. Rozczarowali mnie natomiast sami bohaterowie, w filmie reżyser Sam Menders przedstawił ich jako sympatycznych, ale nieco zagubionych młodych ludzi – w książce wydali mi się miałcy, nieciekawi, ale jednocześnie bardzo dumni i pewni swojej nadzwyczajnej wartości.
Droga do Szczęścia opowiada o prozie życia, niespełnionych marzeniach, rutynie i codzienności, ale jednocześnie mówi, że niedocenianie owego uporządkowanego bezpieczeństwa społecznego i materialnego może doprowadzić do tragedii.
Zwykle człowiek kiedy jest młody jest przekonany o własnej wyjątkowości, natomiast z wiekiem zaczyna zdawać sobie sprawę, że jest zwyczajny i tak naprawdę niczym się nie różni od reszty społeczeństwa ze swoimi nawykami, stylem życia, zachowaniem. Lecz jak tu się wyrwać z zaklętego kręgu i przede wszystkim następujące pytanie – czy warto?
Miałam wczoraj okazję być na tej sztuce i cóż pomimo tego, że sztuka grana już 5 lat w łódzkim Teatrze Jaracza cieszy się niesłabnącym powodzeniem – bilety trzeba rezerwować z dwumiesięcznym wyprzedzeniem, lecz wszystko jedno, na sali są dostawiane dodoatkowe krzsełka.
Jest to właściewie sztuka jednoosobowego aktora składająca sie z kilku zbawnych słodko-gorzkich historyjek, opowiadanych z narrację w pierwszej osobie. Kazda przedstawia historię osób z różnych grup społecznych – od bogaczy, przez klasę średnią, aż do żebraków chodzących po ulicy. Każdy z nich ma swoją historię do opowiedzenia, wspólnym mianownikiem których, jest miałkość naszego życia, naszych poczynań i codziennych czyności. Tę włąsnie miałkośc próbujemy zagłuszyć uzywkami, takimi jak prochy, seks, alkochol itp.. Bohaterami nie są kompletni degeneraci raczej normalni ludzie, którymi mogą być każdy z nas. Sztuka ma charakter bardzo uniwersalny, ale jednocześnie zawiera wiele ciekawych odnosników do współczesności i obecnej sytuacji w kraju.
Happy Go Lucky pomimo „szczęśliwego” tytułu nie jest typową komedią. Opowiada o życiu 30-letniej pogodnej nauczycielki, czerpiącej garściami z życia, cieszącej się każdym dniem, każdą chwilą, rozmową, aktywnością, czy to nauka tańca Flamenco, czy kurs prawa jazdy, czy praca w szkole. Wszystko wygląda przyjemnie i różowo, ale są pewne problemy, dzięki którym jej postać nie jest jednoznacznie biała. Co uważam oczywiście za ciekawy plus tego filmu.
Poppy nie ma rodziny, dzieci, poza pracą żadnych zobowiązań, mieszka od 10 lat ze współlokatorką, która na dodatek smakowicie gotuje. Taki tryb życia, pozwala jej co drugi dzień uczestniczyć w suto zakrapianych alkoholem imprezach i wypadach z dziewczynami na miasto lub na drinka. Poppy jest typową przedstawicielką współczesnej singielki, której cierpnie skóra na samą myśl o rodzinie, czy spłacie hipoteki, która by wiązałaby się ewentualnie z jej posiadaniem. Poppy jest wolnym ptakiem zachowanie której nie wiele pewnie się zmieniło od czasów studenckich.
Druga sprawa, która bardzo mi się podobała, to nauka jazdy samochodem. Instruktor jazdy Scott jest pełnym przeciwieństwem Poppy jest zgorzkniały, pesymistyczny i nerwowy, ale jednocześnie dokładny i przynajmniej próbujący trzymać się ustalonych norm społecznych. Poza tym jako uczennica Poppy jest koszmarna i niewątpliwie irytująca – chaotyczna, niedokładna, niepotrafiąca się skupić na nauce. Zachowanie Poppy jest przyczyną soczystego i świetnie aktorsko zagranego konfliktu pomiędzy nią a Scottem. Ów konflikt doszczętnie obnaża ich słabości.
Poppy pomimo, że jest osobą niewątpliwie miłą w pewien sposób jest irytująca dla widza. Ja osobiście nie mogłabym być jej współlokatorka, gdyż te fontanny pozytywnych emocji zwyczajnie by mnie męczyły. Natomiast na imprezę kumpela jak znalazł.
Więc ogólnie fajny film, super oddaje psychologię bohaterów jak i współczesne stereotypy.
Terry Gillam jest reżyserem na wskroś niezwykłym o tyle, że fascynują go absurdy w wielu niecodziennych postaciach. Przypomnijmy chociażby serię Monty Pytona. Po świetnych i wysokobudżetowych „ Nieustraszonych braci Grimm” nakręcił coś mniejszego, lecz również wbijającego w fotel, czym jest „Kraina traw”.
Ogólnie koncepcja jest taka: każdy z nas ma własny świat (i własne zabawki ), pytaniem jest kiedy nasza wyobraźnia zaczyna być ważniejsza od rzeczywistości i dlaczego tak się dzieje? Świat jest taki, jakim my go postrzegamy, ale zdarzają się momenty, kiedy nie chcemy przyjmować świata w takiej postaci, w jakiej go widzimy. Czasem ucieczka od rzeczywistości w wyimaginowany świat fantazji jest prostą drogą do obłędu. Granica niestety jest bardzo cienka. Właśnie o tym jest ten film.
Główną bohaterką jest mała dziewczynka, która przeprowadza się z ojcem do owej „Krainy traw”. Przyczyną przeprowadzki jest śmierć matki, spowodowanej przez przedawkowanie narkotyków. Ojciec ma ten sam problem i wykorzystuje małą do preparowania strzykawek działeczkami, aby odpłynąć na „wakacje”, które nie zawsze są krótkie. . „Kraina traw” to opuszczona i zapomniana przez świat wieś, zamieszkała jedynie przez owych dziwaków. Pusta i niebezpieczna, w której niejedna tragedia może się zdarzyć.
Główna bohaterka Eliza Rose spotyka w Krainie Traw Dell – ślepą na jedno oko pszczelarkę, która szczyci się podpaleniem pasieki. Jest to zemsta, gdyż właśnie pszczoła pozbawiła ją częściowo wzroku żądląc w oko. Jej brat Dickens również ma niezłe problemy ze sobą. Jest obłąkanym epileptykiem, udający kapitana łodzi podwodnej, który marzy o upolowaniu rekina, który jest tak naprawdę, przejeżdżającym, co jakiś czas przez pustkowie pociągiem. Eliza Rose zaprzyjaźnia się z Dickensem, lecz motywy tej przyjaźnie z każdej strony są zgoła odmienne…
Ogólnie film ma masę, mrożących krew w żyłach, turpistycznych i absurdalnych zwrotów akcji. A co jest rzeczywistością, co fantazją, zależy wyłącznie od widza. Główna bohaterka zagrała wprost fenomenalnie. Film jest niezwykle plastyczny, nieco „gotycki”, jeżeli chodzi o scenografię, ma ciekawą nienachalną ścieżkę dźwiękową. Mi osobiście bardzo się podobał. A sam reżyser twierdzi, że ten film można kochać lub nienawidzić. Ale być obojętnym? To już nie bardzo.
Po obejrzeniu „Oszukanej” zabrałam się za film o podobnej tematyce pt. „Gdzie jesteś Amando”, reżyserii Bena Afflecka. Słyszałam, że jest dobry, ba, nawet jeden z najlepszych w roku 2008 wg podsumowania Filmwebu. Cóż, nie rozczarowałam się, podobał mi nawet bardziej od „Oszukanej”, chociaż to zupełnie odmienny film.
Film jest ciekawy i przedstawia „prawdziwą” brudną Amerykę – ludzi z nadwagą, nałogami, problemami itp. Historia poprowadzona sprawnie i wszystko okazuje się nie takie, jak być powinno. W pewnych momentach fabuła nas niemiłosiernie zaskakuje.
No i pojawia się na końcu pewien dylemat, a właściwie dwa: ja postąpić i które wyjście jest dla Amandy najlepsze oraz czy samosąd na przestępcy jest moralnie poprawny.
Film dyskusyjny i po obejrzeniu zmusza do zastanowienia się nad naszą rzeczywistością, prawem moralnym a prawem spisanym w grubych kodeksach.
Rozmawiałam wczoraj z mamą przez telefon o celach życiowych, krótko- i długoterminowych planach i doszliśmy do wniosku, że bez sensu jest planować i myśleć, że jak osiągnę cel X, czy Y będę szczęśliwa i będzie fajnie. Bo to nieprawda. Życie dzieje się właśnie teraz i ważne jest aby być szczęśliwym teraz, odpuścić sobie i cieszyć się życiem. Nie znaczy to, że w ogóle nie mieć życiowych planów, dobrze jest je mieć pod warunkiem, że się je rzeczywiście realizuje, a nie żyje się nimi i odkłada się „na później”, „na następny poniedziałek”, „na następny rok”.
Mój ulubiony i cytowany już na tym blogu rosyjski pisarz Vadim Zeland pisze w swoich książkach, że niezrealizowane, „wiszące w powietrzu cele i plany, tylko niepotrzebnie pozbawiają nas życiowej energii i obciążają”. Więc lepiej jest sobie niektóre rzeczy odpuścić albo zacząć je wreszcie realizować, z tym, że najlepiej nie wszystkie naraz.
A postanowienia noworoczne? Może je po prostu zamienić na życzenia noworoczne?
Imię “Vadim Zeland” i “transfering rzeczywistości” są pojęciami jednymi z najczęściej wyszukiwanych na moim blogu. Żeby uchylić rąbka tajemnicy i polskiego czytelnika również zapoznać z tą odkrywczą filozofią, robiącą oszałamiającą karierę nie tylko w Rosji, ale również na Zachodzie, przedstawię dzisiaj pokrótce zasady tej nauki.
A są one następujące:
Kieruj życiem
Swobodnie i lekko
Graj w grę
W której wszystko jest możliwe.
A teraz po kolei…
1. Kieruj życiem
Aby kierować “własną rzeczywistością” oraz żyć wg własnych pragnień należy “obudzić się”. Tylko ten, kto nie śpi rzeczywiście jest w stanie kierować realnym życiem, wybierając warianty rozwoju zdarzeń w przestrzeni wariantów. Wiedząc w którym punkcie dokładnie się znajdujemy nie jest trudno przeciągnąć linię prosto do celu.
Wiele rzeczy w życiu, który człowiek wybiera w rzeczywistości nie ma żadnego odniesienia do jego własnych prawdziwych życzeń, czy marzeń. Żyjemy w świecie ogromnej ilości informacji (przykładem chociażby Internet). W tej sytuacji ciężko odróżnić własny cel, od celi, nawiązanych nam zewnątrz, ale oczywiście jest to możliwe. Naszym zadaniem, jest wykorzystanie szans, które daje nam obcene życie w 100%.
2. Swobodnie i lekko
Osoba, która posiada wolną energię jest w stanie wybierać sobie takie życie, które mu odpowiada. Jeżeli mamy brak energii musimy zgadzać się z wyborem wariantów, aktualnie nam dostępnych. Im więcej posiadamy energii, tym mamy więcej wyników, a proces osiągnięcia celu lżejszy. W sytuacji niepewności i ciśnienia, bardziej pewnie postępuje ten, kto posiada zapas wolnej energii. W Chinach ta energia nazywała się “chi”. Inni nazwą tę energię, energią psychiczną. Mając wystarczająco dużo energii możemy swobodnie przejść z jednej linii życia na inną oraz wybierać z mnogości wariantów rozwoju zdarzeń.
3. Graj w grę
Życie jest grą. Gdy byliśmy dziećmi, cami wybieraliśmy gry w które chcieliśmy grać. Obecnie gramy w gry, reguły do których wymyślone zostały nie przez nas. Powinniśmy na nowo zacząć grać w gry, aby osiągnąć pożądane dla nas wyniki. Powinniśmy traktować nasze działania jako grę, aby za bardzo nie nadawać zbyt dużego znaczenia naszym działaniom, co pomoże zwiększyć ich efektywność.
4. W której wszystko jest możliwe
W przestrzeni wariantów jest każda możliwość rozwoju zdarzeń. Należy świadomie udać się w świat, gdzie nasze możliwości są ograniczone jedynie naszym umysłem i chęciami. Osoba, która utożsamia siebie z jakąś rolą w jakimś stopniu traci swoją wolność. Jeżeli postrzegamy siebie jako autora własnego życia możemy użyć różnych energii, aby wybrać takie zycie, które nie jest dostępne dla zwykłej osoby.
Nie jest trudne zostać autorem własnego życia, wystarczy nauczyć się żyć “tu i teraz”.
Jak w zeszłych miesiącach w tym poście umieszczam filmy, które oglądam na bieżąco. Pomysł wziął się z chęci oceniania filmów, jak to robią recenzenci w postaci gwiazdek, krzyżyków, kółeczek, oczek itp. Kiedyś myślałam o prowadzeniu zeszytu, czy pliku *.xls z ocenami i wrażeniami, ale blog fajnie nadaje się do tego zadania.
Nie lubię filmów wojennych, tym bardziej dramatów wojennych, ale ten film naprawdę jest dobry. Uznawany za klasykę gatunku. Bardzo podobał mi się początek tego filmu i rozwój zdarzeń gdzieś do połowy. Później wszytko było przewidywalne. Większość dzielnych żołnierzy-więźniów zginęła, a rozwój zdarzeń dało się przewidzieć, więc siedziałam i czekałam na koniec ostatniej akcji i filmu.
Ale aktorstwo najwyższych lotów – polecam!
Quantum of Solace – ocena 4,5
Tym razem będzie o jednej z najbardziej oczekiwanych premier tego roku drugiej części trylogii przygód młodego Bonda w wykonaniu Davida Craiga. Lubię tego aktora, chociaż w filmie był najbardziej zimny i bezwzględny jak tylko może być, co świadczy o tym na przykład wyrzucenie martwego byłego agenta Mathisa na śmietnik tuż po śmierci w ramionach Bonda.
Technicznie film został zrobiony po mistrzowsku, świetne prowadzenie kamery, dużo efektownych akcji, pościgów, wybuchów, strzelanin, jak to w dobrych filmie akcji. Bond rzeczywiście cały czas musi uciekać lub zmagać się z nieprzyjacielami. W tym sensie rzeczywiście, co zarzucają mu niektórzy krytycy upodabnia się do Bourna. Co więcej jest agentem nieposłusznym i mającym gdzieś zmartwienia swej przełożonej M.
Czego w filmie zabrakło? Według mnie dobrego scenariusza. Pamiętam, gdy obejrzałam po raz pierwszy “Casino Royale” wyszłam z kina zachwycona. “Wow” – pomyślałam, “Naprawdę był to dobry film”. Tutaj scenariusz był chwilami nudnawy. Wątki tajnego zgrupowania ekologicznych terrorystów i reżymu Boliwii zostały tylko lekko muśnięte. Może kontynuacja będzie w następnej części? Nie wiem, czas pokaże. Pojawiły się między czasie 2 “kobiety” Bonda – Kurylenko i Arterton, ale żadna z nich nie była zjawiskowa. Raczej przeciętne dziewczyny, chociaż serii Bonda słynie z ładnych, inteligentnych i niekiedy drapieżnych kobiet.
Plusem filmu jest klimat: ciekawe miejsca, pustynia, niepokojąca melancholijna, z gorzkawą nutą muzyka. Czuć jakiś wewnętrzny ból Bonda, skrywany pod maską chłodu i obojętności. Podsumowując nie jest to film zły, ale mógłby być jeszcze lepszy. Więc z niecierpliwością czekam na kolejną część. A tym razem proponuję obejrzeć zwiastun:
Skarb narodów – ocena 3,5
Dobry film rozrywkowy na wolne popołudnie. Trochę humoru, trochę akcji, trochę fantastyki. Nie jest może to film najwyższych lotów, ale plus taki, że młodych odbiorców może zainteresować np. historią lub archeologią.
Jest produkcji, Walta Disneya więc może go oglądać z powodzeniem cała rodzina. Brak w tym filmie przemocy, seksu itp, za to są wątki patriotyczne, trochę pościgów i historii.
Obsesja – ocena 4.
Jack Nicholson świetnie gra ludzi psychopatycznych, szaleńców lub też ludzi mających problemy ze sobą. W Obsesji potwierdził swą klasę. Polecam z nim “Lot nad Kukułczym Gniazdem, “Lśnienie”. Jego rola Jokera w Barmanach uważam, że przewyższa wychwalanego ostatnio Heatha Ledgera.
Sam film był też dobry, ładne zdjęcia, nastrojowa muzyka i klimat. Ważne pytania o życie i o śmierć. Polecam!
Indiana Jones i Ostatnia Krucjata – ocena 6
Uważam ten film za najlepszą część serii o Indianie Jonesie. Majstersztyk, jeżeli chodzi o kino przygodowe. Zresztą Harrison Ford z Seanem Connery utworzyli ponadczasowy duet. Podobała mi się ta historia, nawiązująca do legendy o kielichu św. Graala, a jak zobaczyłam na koniec średniowiecznego rycerza, aż ciarki przeszły mi po plecach.
Złoty kompas – ocena 5,5
Wspaniałe bajkowe dzieło fantasy, a jednocześnie chyba najbardziej niedoceniany film zeszłego roku, który zbojkotowały środowiska katolickie. Film jest przepiękny, obsypany nagrodami za scenografię, kostiumy, efekty specjalnie (w tym w pełni zasłużony Oscar). Najlepiej oglądać w kinie, gdzie można na 2 godziny zanurzyć się w bajkowy świat równoległy – jeden z nieskończenie wiele światów istniejących we wszechświecie. Cieszy mnie fakt, że film wreszcie się ukazał na DVD i który już posiadam w swojej kolekcji.
Film spodobał mi się do tego stopnia, że chętnie zwróciłam się do trylogii Philipa Pulmana pt. “Mroczne Materie”:
Książki na długie godziny mogą zabrać do innych światów, są mroczniejsze i mają bardziej antykatolickie charakter, niż film (czasem aż do przesady). Jest to co prawda literatura dla dzieci, ale dorośli wielbicieli fantasy z pewnością je docenią.
Wracając do filmu wyczekuję następnych części.
Hannibal po drugiej stronie maski – ocena 3,5
Może nie powinnam oceniać tego filmu, bo nie jestem wielbicielką gatunku, ale ten film pomimo licznych wad nie był taki zły. Miał ciekawy początek, był ładnie sfotografowany (widać, że reżyser Peter Webber wcześniej nakręcił takie plastyczne arcydzieło jak “Dziewczyna z Perłą”), ładny soundtrack.
Ogólnie nie nudziłam się i nie wyczekiwałam końca, ale na “Milczeniu owiec” musze przyznać nudziałam się jeszcze mniej, a to jest lepsza kontynuacja tej samej bajki.
Mała Moskwa – ocena 5,5
Jeden z lepszych polskich filmów ostatnich lat, chociaż grany w większości przez rosyjskich aktorów. Jakiś czas temu widziałam konkurs na scenariusz na film o tematyce zbliżenia dwóch kultur polskiej i rosyjskiej i właśnie jest to owoc tego konkursu. Fabuła filmu dzieje się w 1968 roku i widz na 2 godziny zostaje przenesiony w tamte czasy, dbalość o detale historyczne jest godna podziwu. Sama historia jest ciekawa, wzruszająca, ma wiele niezapomnanych momentów, np. otwierająca film scena występu głównej bohateki Wiery, scena jak wychodzi ze szpitala z nowonarodzonym nieślubnym dzieckiem i czeka na nią przebity, ale nadal kochający mąż, który mówi: “Nie wiem, czy dałaś imię swojemu dziecku, ale gdyby to zależało ode mnie to chciałbym Wiera, zawsze, tylko Wiera”. Bardo mocna była też scena jak Michał wyskakuje z okna oraz scena potajemnego chrztu katolickiego ormiańskiego dziecka.
Film dobrze oddane charaktery narodowe zarówno Rosjan jak i Polaków, jest wyjaśnienie dlaczego Rosjanie lubią czytać grube książki a Polacy kombinować.
Poza tym film cechuje ładna muzyka, klimatyczne zdjęcia Legnicy, aktorstwo najwyższych lotów. Polecam! A na koniec tytułowa piosenka polsko-rosyjska Ewy Demarczuk w wykonaniu Svetlany Khodchenkovej:
Kung Fu Panda – ocena 3,5
Lubię bajki, ale myśłałam, że ten film mógłby być lepszy. Owszem był śmieszny, ale jednak bardzo przewidywalny. Do kin Kung Fu Panda weszła mniej więcej w tym samym czasie, co animacja Disneya Wall-E. Zauważyłam jak ludzie podzielili się na 2 obozy: zwolenników Kung Fu Pandy i zwoleników Wall-ego. Ja osobiście należę do tych drugich. Słyszłam, że Wall-E startuje do nominacji na Oscara za najlpeszy film roku, nie dziwi mnie to film naprawdę epokowy.
Wracając natomiast do Kung Fu Pandy, denerwowały mi nastepujące rzeczy: 1. Ogłądałam bajkę z polskim dubblingiem, i nie podobała mi się maniera wysławiania się misia, podobna do żargonu dresów. 2. Rzecz miś strasznie dostał w kość i ciągłe był potłuczony, co miało być śmieszne, ale u wrażliwszych ludzi mogło wywołać ból całego ciała, poza tym bajka chyba była skierowana do dzieci…3. Żółw-mędrzec za bardzo przypominał mi….. Yodę ze Star Wars.
Horton słyszy Ktosia – ocena 5.5
Ta bajka moim zdaniem ma 1 jedyną wadę: otóż jest za krótka. To jest opowieść przenikania się dwóch światów: mikro i makro. Na początku muszę powiedzieć, że ujęła mnie niezwykłość obu dwóch światów: niezwykłe zabawne nieco “prsychodeliczne” zwierzęta i rośliny w dżungli, a świat “ktosiów” to w ogółe bajka – zaskakujące wynalzki, budowle, urządzenia, asymetryczne meble…Chiałbo by się w tym świecie pobyć jak najdłużej…Natomiast, co do głównego bohatera – słonia, jest on naprawdę śmieszny, chociaż by scena przechodzenia przez most powieszony nad przepaścią. Serce ściskało, jak szukał swojego pyłku z Ktosiami posród pola innych podobnych do siebie. Film ma głębokie przeslanie filozoficzne, jednocześnie proste, które może zrozumieć nawet małe dziecko: że być może też jesteśmy pyłkiem, w dużo większym wszechcświece. Jednak jest tam ktoś, kto o nas się zatroszczy. Film idelany nawet dla najmniejszych dzieci, gdyż nawet zło w postaci kangurzycy i jastrzębia żałuje za swoje przewinienia i tak naprawdę staje się dobra…
Opowieść podręcznej – ocena 4
Wizja przyszłości w której tylko nieliczne kobiety moga rodzić dzieci. Dość aktualna i przerażająca dla ludzkosci. Są one wykorzystywane jako “podręczne” – kobiety, które rodzą dzieci dla bezdzietnych bogatych rodzin. Świat jest przedstawiony na wyraz konserwatywny i religijny (film miał byc krytyką dla patii republikańsakiej w Stanach Zjednoczonych). Wizja może straszna, ale własnie przez swoją “rozwiązłość” to liberałowi zawinili obecnej sytuacji.
Film o tyle jest fajny, że zmusza do dyskusji. Poza tym całkiem ciekawa historia…
Diabelskie nasienie – ocena 4,5
Jak na film science fiction z 1977 roku naprawdę dobrze się trzyma i jest ciekawy. Raczej thriller, niz horror jeżeli chodzi o gatunek. Głównym bohaterem jest superintiligentny komputer Proteusz, który odmawia między innymi zrobienie schemtatu wydobycia surowców z dnia oceanu, uważając to za nie logiczne postepowanie ludzi. Pewnego dnia stwierdza, że chce być człowiekiem i pragnie “niesmertelnosci”. Dlatego próbuje zapłodnić (jak się okazało z powodzeniem) żonę swojego stwórcy. Film ma zaskakującą koncówkę i zmusza do wielu pytań o istaę człowieczeństwa, logiczność ludzkich postepowań, nieśmertelność itp.
W jesieni chęci do życia przymierają wraz z pogodą i otaczająca się aurą. Krótkie dni, więc po pracy nie chce się za bardzo gdzieś łazić. Zainteresowania, życiowe pasje chowają się gdzieś w kąt. Nowe poczynania tym bardziej. Nic się nie chce. Czy to jest zasługa jesieni, za krótkich dni? Zmęczenia życiem?
W pracy dużo się dzieje, ale na jakość życia wpływa przede wszystkim życie prywatne. Miłość jest wciąż, ale widzę ją jakoś przez mgłę. Czekam na urodziny, swoje listopadowe, chociaż nie wiem czy cos zmienią poza tym, że będę o rok straszna. Wszystko to samo, podobne do siebie dni.
Po to właśnie i piszemy bloga, aby zachować cząstki z uciekających dni i godzin, przemyśleń.
11 listopada wybrałam się na samotny spacer ulicami Łodzi. Blade zachodzące słońce oświetlało kamienice, słuchawki z ulubioną muzykę na uszach, rozkosz totalna. Jak mówią to mówią młodzi Rosjanie „kajf”.