Tegoroczna Eurowizja wykazała się niespodziewanie wysokim poziomem utworów muzycznych a oglądanie wielkiego widowiska w Moskwie było wielką dla mnie przyjemnością. Jeden ze znanych współczesnych muzyków powiedział, że ludzie powinni cieszyć się, że przyszedł kryzys, gdyż więcej uwagi kierują do sztuki, marzeń, fantazji, niż do wartości materialnych. Sądzę, że jest w tym trochę prawdy, gdyż pierwsze dwie zwycięskie piosenki były o bajkach i marzeniach.
Rzeczywiście bardzo przypadł mi do gustu Alexander Rybak z Norwegii z piosenką „Fairytale”, rozmarzoną, przypominającą klimatem obrazy mistrza Chagalla. Młody wykonawca ma słowiańską duszę, sympatycznie zadarty nos, a jego językiem ojczystym jest rosyjski.
Następna piosenka pt. „Is it True” w wykonaniu islandzkiej młodej wokalistki Yohanny jest po prostu piękna. Ma ładną ścieżkę melodyjną, ciekawą, wprost ze snów, scenografię i również ten rozmarzony, oderwany od rzeczywistości klimat.
A teraz już będzie trochę niechronologicznie pod względem zdobytych punktów, gdyż następna piosenka w wykonaniu Azerbejdżanu nieszczególnie przypadła mi do gustu, chociaż nie była ogólnie taka zła – melodyjny refrenik i niesamowicie prosty, wręcz infantylny tekst. Oczywiście taka piosenka może się podobać większości widzów, lecz ja osobiście wymagam od muzyki trochę czegoś więcej.
Jedna z piosenek zrobiła na mnie bardzo duże wrażenie, chociaż nie okazała się faworytem, a mianowicie Izrael:
Piosenkę zaśpiewał niezwykły duet – izraelska piosenkarka Noa oraz arabska piosenkarka i aktorka Mira Awad. Utwór był wykonany w języku hebrajskim, arabskim oraz angielskim z dźwięcznym refrenem „There must be another way”. Wg mnie ta piosenka ma w sobie ogromną moc i siłę przekazu, gdyż nie od dziś wiadomo, że narody arabski i żydowski nienawidzą się i walczą ze sobą, Tutaj te dwie kobiety okazują sobie gesty przyjaźni, ubrane na czarno, w kolor żałoby płaczą za „both of us” i wierzą, że musi być inny sposób do dojścia porozumienia, niż ślepa przemoc i wojna. Jest to śpiew kobiet, matek, którzy są przeciwko ślepej nienawiści. Można tutaj nawet pójść dalej i zacząć winić mężczyzn i ich testosteron. Ale pozostanę na pięknym i wzruszającym pokojowym przesłaniem tego utworu.
Podobał mi się również bardzo utwór, z którym wystąpiła Bośnia i Hercegowina pt. „Bistra Voda”. Folkowy i melodyczny, słowiański:
A także konkursowa piosenka Estonii w wykonaniu zespołu Urban Symphony z bardzo ciekawą sekcją smyczkową i niezwykłym głosem piosenkarki pt. Rändajad:
Jeżeli chodzi o Rosję, to w tym roku Rosjanie wybrali piosenkę trudną i ambitną, właściwie pełno przeciwieństwo zeszłorocznego wygranego Dimy Bilana. Utwór „Mamo” jest pełen emocji, jest dość kameralny i bardziej skłania się w kierunku piosenki aktorskiej, niż popowego show. Na uwagę tu zasługuje niesamowicie wymowna scenografia, pokazująca powolne starzenie człowieka.
Wspaniałą i również bardzo kameralną piosenkę, zaśpiewała Patricia Kass, przypominająca starą dobrą muzykę francuską uchodzącą już niestety w niepamięć. Gdyż tak, czy inaczej Patricia ma już swoje lata, a godnych następców brak, między innymi pewnie, dlatego Francuzi wysłali tę piosenkarką, już „znanej marki” na koncert. Na bo co mieli zrobić? Wysłać czarnych raperów-emigrantów? Zresztą w Rosji Kaas jest naprawdę uwielbiana.
Podsumowując poziom festiwalu był naprawdę dobry, podobały mi się również niewspomniane powyżej ludowe piosenki Chorwacji, Mołdawii, czy Portugalii, operowy głos wokalistki z Szwecji, a nawet trochę dziwna piosenka z Albanii z „zielonym panem” , którą dam na koniec:
Płytkę Depeche Mode pt. Sounds of Universe” przesłuchałam parę razy i muszę stwierdzić, że całkiem mi się podoba. Mogę napisać „całkiem mi się podoba”, co nie oznacza bezkrytycznego zachwytu, czy uwielbienia, którym darzyłam niektóre ich poprzednie nagrania. Płyta Depeche Mode trzyma swój poziom, jest poprawna, ma wyrazistą linię melodyjną, słuchając jej wiadomo, że taką muzykę mogli nagrać nie, kto inny, ale tylko Depeche Mode. Zabrakło w niej jednak tego czegoś, tego rodzynka, tej przysłowiowej „iskty bożej”, dzięki której niektóre dobra kulturalne robią się kultowe i zaczynają żyć własnym ciekawym życiem. Może nie dostrzegam jednak tego czegoś? Może Panowie z DM robią się coraz starsi i też ciężko im wykrzesać z siebie trochę ognia? Ogólnie utwory nie są złe, ba dużo lepsze niż ogól muzyki, dostępny na rynku.
W „Sounds Of Universe” Depeche Mode duży nacisk położyli na elektroniczne aranżacje utworów. Trochę żałuję, że nie ma w płycie tego rockowego pazura, który można było usłyszeć na takich płytach jak „Ultra”, czy „Songs of Faith and Devotion”. Początek pierwszego utworu sprawia, czy zastanawiamy się, czy nie mamy przypadkiem zepsutego odtwarzacza płyt, ale później już pierwsze dwa utwory brzmią całkiem poprawnie. Trzeci singiel „Wrong” już nam znajomy i grany często dość często przez liczne stacje radiowe brzmi całkiem interesująco i świeżo na tle innych utworów. Następna kompozycja Fragile Tension należy do moich ulubionych na płycie i klimatem przypomina mi „Behind The Wheel”. Natomiast „In Sympathy” to murowany przebój w stylu „Enjoy The Silence” i świetnie nadawałby się na singiel promocyjny. Bardzo ciekawy jest również „Peace” kojarzący mi się zarówno muzyką jak i tekstem z newage’owymi klimatami. Jeżeli chodzi o utopijny „Perfect” najbardziej on współgra z tytułem samej płyty, gdy Dave śpiewa: “On another world by another star. At another place in time. In another state of consciousness In another state of mind. Everything was almost perfect.Everything fell into place. “. Nie sposób natomiast pominą utworu „Jezebel”, jako jedynego na płycie śpiewane go przez Martina – on to potrafi wprowadzić nas w swój zamknięty introwertyczny klimat.
Podsumowując bardzo dobra płyta i pomimo moich niektórych moich osobistych obiekcji warto ją poznać.
1. Napewno Pani Maria Peszek wyróżnia się na tle innych wokalistek, autorek tekstów polsiej sceny muzycznej. Ma dziewczyna w sobie to coś, co sprawia, że warto nią się zainteresowac i przyjrzeć się bliżej jej twórczości.
2. Czy ma szokujące teksty? Nie sądzę, zdarzały się czasem nawet bardziej. Są śmiałe i przesycone erotyzmem, ale na ogól nic strasznie gorszącego w nich nie ma. Ich wartość literacka i poetycka? Jakaś tam jest. Artystka uzywa ciekawych skojarzeń, skrótych myslowych, intersujących kombinacji słownych. Więc talent ma.
3. Czy jest wykreowana przez pr-owców? Nie wiem. Jeżeli kreuje się na kogoś, to na osobę grającą ambitną muzykę dla ambitnych, nieco zmanierowanych ludzi.
4. A na koniec jedna moja uwaga od siebie: moge się zainteresować się Marią Peszek i przesłuchać parę razy jej nagrań z ciekawości. Ale żeby słuchac jej cały czas? Wracać do niej po kilku tygodniach, latach? Słuchać, odczuwając wyraźną przyjemność ze słuchania? Nie…, dziękuję.
Wczoraj 13 marca miałam przyjemność posłuchać koncerty słynnego barytona Andrzeja Dobbera – 3 gwiazdy New York Metropolitan Opera w Filharmonii Łódzkiej. Andrzej Dobber jest 3 Polakiem w historii śpiewającym w MET. Ma wspaniałą “ciemną” barwę głosu i śpiewa bezbłędnie i pięknie. Towarzyszyła mu orkiestra symfoniczna Filharmonii Łódzkiej pod dyrygenturą Enrico Delamboye – holenderski dyrygent i pianista, pierwszy dyrygenta Teatru Operowego w Kolonii.
Na koncercie zostały zaprezentowane poniższe utwory:
Verdi Uwertura do opery „Moc przeznaczenia”
Verdi Scena śmierci markiza Possa „Son mio io carlo” z opery „Don Carlos”
Verdi Uwertura do I Aktu Opery „Traviata”
Verdi Uwertura do Opery „Aida”
Verdi Aria Rigoletta „Cortigianni” z opery „Rigoletto”
Verdi Uwertura do Opery „Nabucco”
Puccini Aria Scarpia z Opery „Tosca”
Puccini Intermezzo z trzeciego aktu Opery „Manon Lescaut”
S. Moniuszko Aria Miecznika z Opery „Straszny Dwór”
R. Leoncavallo Intermezzo z opery „Pajace”
R. Leoncavallo Pieśń neopolitańska „Mattinata”
Słynny baryton dwa razy bisował m.in. słynną “Arią miecznika” z opery S. Moniuszko “Straszny Dwór”.
Już jest długooczekiwany singiel grupy! Już nie mogę doczekać się płyty i koncertu!
Wrong, wrong, wrong!
I was born with the wrong sign
In the wrong house
With the wrong ascendancy
I took the wrong road
That led to the wrong tendencies
I was in the wrong place at the wrong time
For the wrong reason and the wrong rhyme
On the wrong day of the wrong week
I used the wrong method with the wrong technique
Wrong
Wrong
There's something wrong with me chemically
Something wrong with me inherently
The wrong mix in the wrong genes
I reached the wrong ends by the wrong means
It was the wrong plan
In the wrong hands
With the wrong theory for the wrong man
The wrong lies, on the wrong vibes
The wrong questions with the wrong replies
Wrong
Wrong
I was marching to the wrong drum
With the wrong scum
Pissing out the wrong energy
Using all the wrong lines
And the wrong signs
With the wrong intensity
I was on the wrong page of the wrong book
With the wrong rendition of the wrong hook
Made the wrong move, every wrong night
With the wrong tune played till it sounded right yeah
Wrong, wrong (Too long)
Wrong (Too long)
Wrong (Too long)
Wrong (Too long)
Wrong (Too long)
I was born with the wrong sign
In the wrong house
With the wrong ascendancy
I took the wrong road
That led to the wrong tendencies
I was in the wrong place at the wrong time
For the wrong reason and the wrong rhyme
On the wrong day of the wrong week
I used the wrong method with the wrong technique
Wrong!
27 lutego w Filharmonii Łódzkiej zagrał zespół “Stare Dobre Małżeństwo”. Zespół promowała nową, wydana w 2008 roku płytę studyjną pt. “Jednoczas”, zawierającą muzyczne interpretacje wierszy Jana Rybołowicza. Jest to 19 studyjna płyta zespołu.
W koncercie miałam okazję uczestniczyć osobiście. Ogólnie nie przepadam za SDM, więc na początku słuchałam z pewną doża neutralności. Lecz później zespół się rozkręcił (przy starszych utworach), publiczność zaczęła klaskać, tupać i pośpiewywać. Z tylu ode mnie siedziała Pani, która tak dobrze śpiewała, że aż żałowałam, że nie jest na scenie, razem z liderem formacji.
Załączam więc parę na prędce zrobionych zdjęć własnej roboty .
Na nową płytę Guns’n’Roses czekaliśmy powyżej 15 lat, ale warto było, gdyż płyta, uważam, należy do najlepszych z ubiegłego roku, jest świadectwem, że stary dobry rock jeszcze nie umarł, a powraca w nowym świeżym walecznym stylu. Chinese Democracy zawiera 14 soczystych rozbudowanych instrumentalnie i melodyjnie kompozycji, a głos Axla naprawdę miło brzmi po tylu latach. Płyta może ma trochę inny styl, niż November Rain, Don’t You Cry czy Down To The Farm, jest bardziej nowoczesna i czuć chwilami wpływ elektroniki, ale nie ma na niej słabych kawałków.
A teraz po kolei:
1.Chinese Democracy – skoczny, mocno otwierający płytę, prawdziwie rockowy z orientalnym intro 2. Shackler’s Revenge – nieco elektroniczny, mroczny, patetyczny, przestrzenny…
3. Better – tylko pozornie spokojniejszy, ale z pazurem, wpadający w ucho, a nawet z nutami sentymentalnymi
4. Street Of Dreams – fortepianowe intro, nawiązujący do utworów „starych” Gunsów, melodyjny
5. If The World – trochę akustycznej gitary i …elektroniki, ale ogólnie dobrze zrównoważony
6. There Was A Time – klasycznie rockowy, z rozbudowaną solówką gitarową, przejmujący…
7. Catcher N’ The Rye – optymistyczny z wieloma niespodziankami muzycznymi
8. Scraped – trochę w stylu Linking Park, nowoczesny
9. Riad N’ The Bedouins – hałaśliwy i niegrzeczny
10. Sorry – spokojny, z nutą melancholii i sentymentu, piękna solówka gitarowa
11. I.R.S – Axl w tym utworze nieźle pokazuje rozpiętość swoich strun głosowych, a poza tym całkiem fajny kawałek
12. Madagaskar – chyba najbardziej mi się podoba na płycie – posłuchajcie, ocenicie sami
13. This I Love – piękna ballada miłosna, chwyta za serce, chwyta.
14. Prostitute – a co najlepsze to na koniec, świetny utwór, aż szkoda się rozstawać z płytą. To kiedy następna?
„Jak kamień szlachetny, napełniony do samych krajów róg ze starym winem, który trzymam w rękach, dotykam narodowej pieśni. Duch zachwyca się szczęściem, siłą, zawartą w niej, lecz zmienia się w obawę, aby jej nie porozlewać, lecz donieść ludziom, co do ostatniej kropli, odwrócić w ten sposób, aby słońce, znalazło odbicie w jej powierzchni” - tak mawiał Rashid Beybutov, jeden z najbardziej utalentowanych śpiewaków Związku Radzieckiego.
Rashid Beybutov urodził się w 1915 roku w Tbilisi, Gruzji. Jego ojciec również był śpiewakiem. Rashid Beybutov śpiewał od dziecka. W kolejowym technikum, do którego uczęszczał założył samodzielny zespół uczniowski, natomiast będąc w wojsku był solistą wojskowej grupy muzycznej.
Po skończeniu służby wojskowej Bejbutov był solistą jednego z gruzińskich zespołów muzycznych, jednocześnie Państwowego Jazzu Armenii. Jednocześnie w latach в 1933 – 44 zaczął śpiewać w Teatrze Opery i Baletu. W 1943 roku zagrał w swoim pierwszym filmie na podstawie operetki Uzeira Gadzibekowa, który okazał się dużym sukcesem w karach ZSSR.
Bejbutov zagrał w kilku filmach jednocześnie koncertując w kraju i zagranicą, w takich krajach jak Bułgaria, Węgry, Italia, India, Chiny. Repertuar artysty był bardzo szeroki: od opery i muzyki poważnej, poprzez jazz, gruzińskie motywy narodowe.
Jak w zeszłych miesiącach w tym poście umieszczam filmy, które oglądam na bieżąco. Pomysł wziął się z chęci oceniania filmów, jak to robią recenzenci w postaci gwiazdek, krzyżyków, kółeczek, oczek itp. Kiedyś myślałam o prowadzeniu zeszytu, czy pliku *.xls z ocenami i wrażeniami, ale blog fajnie nadaje się do tego zadania.
Nie lubię filmów wojennych, tym bardziej dramatów wojennych, ale ten film naprawdę jest dobry. Uznawany za klasykę gatunku. Bardzo podobał mi się początek tego filmu i rozwój zdarzeń gdzieś do połowy. Później wszytko było przewidywalne. Większość dzielnych żołnierzy-więźniów zginęła, a rozwój zdarzeń dało się przewidzieć, więc siedziałam i czekałam na koniec ostatniej akcji i filmu.
Ale aktorstwo najwyższych lotów – polecam!
Quantum of Solace – ocena 4,5
Tym razem będzie o jednej z najbardziej oczekiwanych premier tego roku drugiej części trylogii przygód młodego Bonda w wykonaniu Davida Craiga. Lubię tego aktora, chociaż w filmie był najbardziej zimny i bezwzględny jak tylko może być, co świadczy o tym na przykład wyrzucenie martwego byłego agenta Mathisa na śmietnik tuż po śmierci w ramionach Bonda.
Technicznie film został zrobiony po mistrzowsku, świetne prowadzenie kamery, dużo efektownych akcji, pościgów, wybuchów, strzelanin, jak to w dobrych filmie akcji. Bond rzeczywiście cały czas musi uciekać lub zmagać się z nieprzyjacielami. W tym sensie rzeczywiście, co zarzucają mu niektórzy krytycy upodabnia się do Bourna. Co więcej jest agentem nieposłusznym i mającym gdzieś zmartwienia swej przełożonej M.
Czego w filmie zabrakło? Według mnie dobrego scenariusza. Pamiętam, gdy obejrzałam po raz pierwszy “Casino Royale” wyszłam z kina zachwycona. “Wow” – pomyślałam, “Naprawdę był to dobry film”. Tutaj scenariusz był chwilami nudnawy. Wątki tajnego zgrupowania ekologicznych terrorystów i reżymu Boliwii zostały tylko lekko muśnięte. Może kontynuacja będzie w następnej części? Nie wiem, czas pokaże. Pojawiły się między czasie 2 “kobiety” Bonda – Kurylenko i Arterton, ale żadna z nich nie była zjawiskowa. Raczej przeciętne dziewczyny, chociaż serii Bonda słynie z ładnych, inteligentnych i niekiedy drapieżnych kobiet.
Plusem filmu jest klimat: ciekawe miejsca, pustynia, niepokojąca melancholijna, z gorzkawą nutą muzyka. Czuć jakiś wewnętrzny ból Bonda, skrywany pod maską chłodu i obojętności. Podsumowując nie jest to film zły, ale mógłby być jeszcze lepszy. Więc z niecierpliwością czekam na kolejną część. A tym razem proponuję obejrzeć zwiastun:
Skarb narodów – ocena 3,5
Dobry film rozrywkowy na wolne popołudnie. Trochę humoru, trochę akcji, trochę fantastyki. Nie jest może to film najwyższych lotów, ale plus taki, że młodych odbiorców może zainteresować np. historią lub archeologią.
Jest produkcji, Walta Disneya więc może go oglądać z powodzeniem cała rodzina. Brak w tym filmie przemocy, seksu itp, za to są wątki patriotyczne, trochę pościgów i historii.
Obsesja – ocena 4.
Jack Nicholson świetnie gra ludzi psychopatycznych, szaleńców lub też ludzi mających problemy ze sobą. W Obsesji potwierdził swą klasę. Polecam z nim “Lot nad Kukułczym Gniazdem, “Lśnienie”. Jego rola Jokera w Barmanach uważam, że przewyższa wychwalanego ostatnio Heatha Ledgera.
Sam film był też dobry, ładne zdjęcia, nastrojowa muzyka i klimat. Ważne pytania o życie i o śmierć. Polecam!
Indiana Jones i Ostatnia Krucjata – ocena 6
Uważam ten film za najlepszą część serii o Indianie Jonesie. Majstersztyk, jeżeli chodzi o kino przygodowe. Zresztą Harrison Ford z Seanem Connery utworzyli ponadczasowy duet. Podobała mi się ta historia, nawiązująca do legendy o kielichu św. Graala, a jak zobaczyłam na koniec średniowiecznego rycerza, aż ciarki przeszły mi po plecach.
Złoty kompas – ocena 5,5
Wspaniałe bajkowe dzieło fantasy, a jednocześnie chyba najbardziej niedoceniany film zeszłego roku, który zbojkotowały środowiska katolickie. Film jest przepiękny, obsypany nagrodami za scenografię, kostiumy, efekty specjalnie (w tym w pełni zasłużony Oscar). Najlepiej oglądać w kinie, gdzie można na 2 godziny zanurzyć się w bajkowy świat równoległy – jeden z nieskończenie wiele światów istniejących we wszechświecie. Cieszy mnie fakt, że film wreszcie się ukazał na DVD i który już posiadam w swojej kolekcji.
Film spodobał mi się do tego stopnia, że chętnie zwróciłam się do trylogii Philipa Pulmana pt. “Mroczne Materie”:
Książki na długie godziny mogą zabrać do innych światów, są mroczniejsze i mają bardziej antykatolickie charakter, niż film (czasem aż do przesady). Jest to co prawda literatura dla dzieci, ale dorośli wielbicieli fantasy z pewnością je docenią.
Wracając do filmu wyczekuję następnych części.
Hannibal po drugiej stronie maski – ocena 3,5
Może nie powinnam oceniać tego filmu, bo nie jestem wielbicielką gatunku, ale ten film pomimo licznych wad nie był taki zły. Miał ciekawy początek, był ładnie sfotografowany (widać, że reżyser Peter Webber wcześniej nakręcił takie plastyczne arcydzieło jak “Dziewczyna z Perłą”), ładny soundtrack.
Ogólnie nie nudziłam się i nie wyczekiwałam końca, ale na “Milczeniu owiec” musze przyznać nudziałam się jeszcze mniej, a to jest lepsza kontynuacja tej samej bajki.
Mała Moskwa – ocena 5,5
Jeden z lepszych polskich filmów ostatnich lat, chociaż grany w większości przez rosyjskich aktorów. Jakiś czas temu widziałam konkurs na scenariusz na film o tematyce zbliżenia dwóch kultur polskiej i rosyjskiej i właśnie jest to owoc tego konkursu. Fabuła filmu dzieje się w 1968 roku i widz na 2 godziny zostaje przenesiony w tamte czasy, dbalość o detale historyczne jest godna podziwu. Sama historia jest ciekawa, wzruszająca, ma wiele niezapomnanych momentów, np. otwierająca film scena występu głównej bohateki Wiery, scena jak wychodzi ze szpitala z nowonarodzonym nieślubnym dzieckiem i czeka na nią przebity, ale nadal kochający mąż, który mówi: “Nie wiem, czy dałaś imię swojemu dziecku, ale gdyby to zależało ode mnie to chciałbym Wiera, zawsze, tylko Wiera”. Bardo mocna była też scena jak Michał wyskakuje z okna oraz scena potajemnego chrztu katolickiego ormiańskiego dziecka.
Film dobrze oddane charaktery narodowe zarówno Rosjan jak i Polaków, jest wyjaśnienie dlaczego Rosjanie lubią czytać grube książki a Polacy kombinować.
Poza tym film cechuje ładna muzyka, klimatyczne zdjęcia Legnicy, aktorstwo najwyższych lotów. Polecam! A na koniec tytułowa piosenka polsko-rosyjska Ewy Demarczuk w wykonaniu Svetlany Khodchenkovej:
Kung Fu Panda – ocena 3,5
Lubię bajki, ale myśłałam, że ten film mógłby być lepszy. Owszem był śmieszny, ale jednak bardzo przewidywalny. Do kin Kung Fu Panda weszła mniej więcej w tym samym czasie, co animacja Disneya Wall-E. Zauważyłam jak ludzie podzielili się na 2 obozy: zwolenników Kung Fu Pandy i zwoleników Wall-ego. Ja osobiście należę do tych drugich. Słyszłam, że Wall-E startuje do nominacji na Oscara za najlpeszy film roku, nie dziwi mnie to film naprawdę epokowy.
Wracając natomiast do Kung Fu Pandy, denerwowały mi nastepujące rzeczy: 1. Ogłądałam bajkę z polskim dubblingiem, i nie podobała mi się maniera wysławiania się misia, podobna do żargonu dresów. 2. Rzecz miś strasznie dostał w kość i ciągłe był potłuczony, co miało być śmieszne, ale u wrażliwszych ludzi mogło wywołać ból całego ciała, poza tym bajka chyba była skierowana do dzieci…3. Żółw-mędrzec za bardzo przypominał mi….. Yodę ze Star Wars.
Horton słyszy Ktosia – ocena 5.5
Ta bajka moim zdaniem ma 1 jedyną wadę: otóż jest za krótka. To jest opowieść przenikania się dwóch światów: mikro i makro. Na początku muszę powiedzieć, że ujęła mnie niezwykłość obu dwóch światów: niezwykłe zabawne nieco “prsychodeliczne” zwierzęta i rośliny w dżungli, a świat “ktosiów” to w ogółe bajka – zaskakujące wynalzki, budowle, urządzenia, asymetryczne meble…Chiałbo by się w tym świecie pobyć jak najdłużej…Natomiast, co do głównego bohatera – słonia, jest on naprawdę śmieszny, chociaż by scena przechodzenia przez most powieszony nad przepaścią. Serce ściskało, jak szukał swojego pyłku z Ktosiami posród pola innych podobnych do siebie. Film ma głębokie przeslanie filozoficzne, jednocześnie proste, które może zrozumieć nawet małe dziecko: że być może też jesteśmy pyłkiem, w dużo większym wszechcświece. Jednak jest tam ktoś, kto o nas się zatroszczy. Film idelany nawet dla najmniejszych dzieci, gdyż nawet zło w postaci kangurzycy i jastrzębia żałuje za swoje przewinienia i tak naprawdę staje się dobra…
Opowieść podręcznej – ocena 4
Wizja przyszłości w której tylko nieliczne kobiety moga rodzić dzieci. Dość aktualna i przerażająca dla ludzkosci. Są one wykorzystywane jako “podręczne” – kobiety, które rodzą dzieci dla bezdzietnych bogatych rodzin. Świat jest przedstawiony na wyraz konserwatywny i religijny (film miał byc krytyką dla patii republikańsakiej w Stanach Zjednoczonych). Wizja może straszna, ale własnie przez swoją “rozwiązłość” to liberałowi zawinili obecnej sytuacji.
Film o tyle jest fajny, że zmusza do dyskusji. Poza tym całkiem ciekawa historia…
Diabelskie nasienie – ocena 4,5
Jak na film science fiction z 1977 roku naprawdę dobrze się trzyma i jest ciekawy. Raczej thriller, niz horror jeżeli chodzi o gatunek. Głównym bohaterem jest superintiligentny komputer Proteusz, który odmawia między innymi zrobienie schemtatu wydobycia surowców z dnia oceanu, uważając to za nie logiczne postepowanie ludzi. Pewnego dnia stwierdza, że chce być człowiekiem i pragnie “niesmertelnosci”. Dlatego próbuje zapłodnić (jak się okazało z powodzeniem) żonę swojego stwórcy. Film ma zaskakującą koncówkę i zmusza do wielu pytań o istaę człowieczeństwa, logiczność ludzkich postepowań, nieśmertelność itp.
Muzyka mojej młodości i analiz własnego wnętrza w stylu bohaterów z powieści Fiodora Dostojewskiego. Muzyka ważna, piękna i wieloznaczna. Polubiłam ją w wieku paręnaście lat. Będąc już trochę starszą wciąż uważam za muzykę genialną i niepowtarzalną. Od wielu lat marzę, aby pójść na koncert DM.
A tu wiadomość: Depeche Mode znowu w Polsce!
Mój Mariusz mówi: „Na co czekasz? Zarezerwuj już bilety!”, „Pojedziesz ze mną?” „No, tak!”
No i zarezerwowałam! Mam nadzieję, tylko że dotrą i nie zagina po drodze! Odpukać w niemalowane!
No i czuję wewnętrzny power, że wreszcie marzenie może się spełni.