Po obejrzeniu „Oszukanej” zabrałam się za film o podobnej tematyce pt. „Gdzie jesteś Amando”, reżyserii Bena Afflecka. Słyszałam, że jest dobry, ba, nawet jeden z najlepszych w roku 2008 wg podsumowania Filmwebu. Cóż, nie rozczarowałam się, podobał mi nawet bardziej od „Oszukanej”, chociaż to zupełnie odmienny film.
Film jest ciekawy i przedstawia „prawdziwą” brudną Amerykę – ludzi z nadwagą, nałogami, problemami itp. Historia poprowadzona sprawnie i wszystko okazuje się nie takie, jak być powinno. W pewnych momentach fabuła nas niemiłosiernie zaskakuje.
No i pojawia się na końcu pewien dylemat, a właściwie dwa: ja postąpić i które wyjście jest dla Amandy najlepsze oraz czy samosąd na przestępcy jest moralnie poprawny.
Film dyskusyjny i po obejrzeniu zmusza do zastanowienia się nad naszą rzeczywistością, prawem moralnym a prawem spisanym w grubych kodeksach.
Obejrzałam “Oszukaną” i muszę przyznać, że film jest bardzo dobry. Po pierwsze bardzo dobrze i dokadnie zostały odwzrowane lata 20, dbalość o szczegóły historyczne jest imponująca. Stare samochody, tramwaje, wnętrza, ubiory bohaterów. Bardzo ciekawie zrobili miejsce pracy telefonistek i …szpital psychiatryczny.
Film został sprawnie zrealizowany a historia naprawdę ciekawa i bardzo szybko wciąga. Nie jest za bardzo sentymentalna, wręcz przeciwnie została opowiedziana bardzo powściągliwie. “Oszukana” dotyka bardzo powaznego tematu i wielkiej zbrodni. Ogólnie zauważyłam, że Eastwood lubi “cięzkie” poważne tamaty, chociażby w “Za wszelką cenę”.
Co do gry aktorskiej Jolie jest OK. Troszkę biło od niej pewnym chłodem. Może to przemęcznie od bycia osobą superpubliczną? Jej emocje były kontrolowane, i ta pewna powściągliwość. A może to moje prywatne wrażenie?
A na koniec pozostał taki niedosyt…pytanie, co tak naprawdę wydarzyło się?
Obejrzawszy ten film byłam w szoku. Mój stan psychiczny wynikał po prostu z siły i prawdziwości przekazu tego filmu. Nawet parę godzin po obejrzeniu trzymało mnie, „to coś” w środku. Przyklejony żołądek do kręgosłupa, może?
Dla mnie ten film nie miał słabych momentów. Aktorstwo głównych bohaterów Kate Winslet i Leonardo DiCaprio było zaiste genialne, koncertowe. Role drugoplanowe również nadzwyczaj dobre, chociażby Michael’a Shannon’a, który zagrał obłąkanego Johna Givings (nominacja do Oskara za najlepszą rolę drugoplanową).
Przechodząc do treści – film opisuje przeciętne amerykańskie małżeństwo, mieszkające na przedmieściach. On jest pracownikiem biurowym w dużej korporacji, ona zaś gospodynią domową, opiekującą się miłym, białym domkiem i dwójką dzieci. Problem, zaś jest w tym, że bohaterowie wcale nie chcą być przeciętni. Wręcz przeciwnie, oboje są przekonani o własnej wyjątkowości, wyższości nad błahymi sprawami życia codziennego. Główna bohaterka pani Wheeler (Kate Winslet) jest niespełnioną aktorką, Pan Wheeler też uważa się, że może dokonać w życiu czegoś więcej, aniżeli praca za biurkiem w nudnej korporacji, tyle, że sam za bardzo nie wie, co. Więc oboje wpadają na prosty i świetny pomysł, aby sprzedać dom, samochód, rzucić dotychczasowe życie i wyemigrować do Paryża, „bo tam ludzie tak naprawdę żyją, a nie egzystują z dnia na dzień”. Niestety ich plany zostają pokrzyżowane i tutaj zaczyna się dramat, który prowadzi do sytuacji bez wyjścia, istnie patowej, która kończy się…
Nie będę może zdradzać zakończenia, po obejrzeniu, którego znalazłam się właśnie w stanie owego szoku. Powiem tylko, że ten film powinien obejrzeć każdy intelektualista, czy artysta, bo problem Państwa Wheelerów dotyczy wielu z nas. Ja zobaczyłam siebie w tym filmie i pewne sprawy mojego życia wyciągnął ten film na wierzch. Dystrybutorzy reklamowali ten film:, co by było gdyby „Titanic” nie zatonął, czyżby bohaterowie żyli długo i szczęśliwie? Uważam, że takie rozumowanie jest nieco za płytkie, bo wymowa tego filmu jest dużo głębsza.
Na początku byłam trochę niechętnie nastawiona do tego filmu: ot kolejny kryminał, typowy film dla chłopców, ale im dłużej oglądałam tym bardziej wciągała mi historia o gangsterach i ściągających ich policjantach. Niewątpliwym atutem filmu są wspaniałe role “dinozaurów” kina Al Pacina i Roberto De Niro. Pojawiają się razem tylko we dwóch scenach, ale tak szczególnie zagranych, że na trwale one wpisały się w historię kina. Neil i Vincent są po przeciwnej stronie barykady, ale wiele ich łączy, co więcej odczuwają do siebie coś co można nazwać sympatią. Oboje tak samo są świetni w tym, co robią zarówno jako aktorzy, jako i grani przez nich postacie filmowe.
Druga sprawa wspaniałe zdjęcia L.A. (chcociaż prawdziwa historia na której został oparty scenariusz filmu dzieje się w Chicago). Neil ma tak zapierający dech z piersi widok z okna, że nic tylko kręcić romantyczne sceny na jego tle. (ale o tym ciut później). Dopracowane zdjęcia i montaż, o czym świadczy chociażby ujęcia pokazujące naprawdę niezłą strzelaninę podczas napadu na bank (“Wanted” przy tym się chowa), do tego dodajmy klimatyczną muzykę i świetny scenariusz. Dopracowany w szczegółach, rozbudowany, soczysty.
W filmie nie ma złych zagranych rol, nawet drugoplanowych, gdzie bardzo ważną rolę ogrywają kobiety, które kochają , cierpią, wkurzają się na swoich mężczyzn. Dzięki właśnie nim bardzo dobrze jest oddany tragizm głównych bohaterów, brak życia osobistego…
“Gorączka” dla mnie to prawdziwa klasyka kryminału gangsterskiego. Polecam wszystkim, kto jeszcze nie widział, a kto już widział, sądzę, że taki film można konsumować i delektować się nim wiele razy. Moja ocena: 5.
Filmy w grudniu ogłada się szczególnie przyjemnie – długie zimowe wieczory, ciemno i zimno za oknem. A w domku palą się ciepłe świece i zimne niefiltrowane piwo o smaku miodowym…
A więc:
Na fali – ocena 4
Przyjemna animacja, raczej dla nastolatków, niż dla zupełnie małych dzieci. Wyróżnia się tym, że została zrobiona w formie reportażu telewizyjnego, co sprawiło, że historia ma wiele smaczków i gagów. Świetny był kurczak, którego tubylcze pingwiny wsadzili do gorącej wody, aż poczuł “zapach rosołu”.
Wyjątkowo dobrze została zaanimowana woda i nadchodzące fale. Przyjemna historia na zimowe popołudnie. Ach, ten widok Hawajów…
Zaklęta w sokoła – ocena 4
Romantyczna opowieść fantasy o dwóch kochankach, które klątwą biskupa zostały rozłączeni – ona w dzień jest zaklęta w sokoła i zmienia się w kobietę jedynie nocą. Ona w dzień jest odważnym rycerzem, natomiast w nocy staje się groźnym wilkiem. Film całkiem dobrze się ogłada, chociaż nie ma w nim latających smoków, czy innych efektów specjalnych. Klimatyczna opowieść, dziejąca się w lasach, starych zamkach i klasztorach.
Poza tym spojrzenia głównych aktorów nadzwyczaj wyraziste…
Nieustraszeni bracia Grimm – ocena 4
Film ten pamiętam oglądałam w kinie i wyszłam zachwycona. Ostatnio był w telewizji i juz mniej mi się podobał. Może dlatego, że w kinie każdy film (prawie) dobrze się ogląda, czy chodziło o głos lektora, który zagłuszał muzykę i dżwięki, czy może o świeżość historii? Nie wiem. Główne role zagrali dobry jak zawsze Matt Damon oraz nieżyjący już Heather Ledger. Film reżyserował, znany z absurdalnych powieści Monty Pytona Terry Gilliam, nawiązuje on do stylistyki Tima Burtona – mroczna złowieszcza przyroda, upiory, robaki, absurdalny czarny humor. Prawdziwe makabryczne wrażenie zrobił piernikowy ludzik który wchłonął w siebie wiejską dziewczynkę Sashę. Ogólnie film jest nie zły, ale mógłby być jeszcze lepszy.
Wilbur chce się zabić – ocena 5
Lubię takie filmy gdyż są niejednoznaczne i zmuszają do dyskusji. W tym wypadku główny bohater wcale nie jest sympatyczny, prowadzi jałową egzystencję, którą chce uporczywie skończyć. Ma starszego brata, człowieka szlachetnego, z pasją prowadzącą antykwariat, odziedziczony po ojcu, który kocha i opiekuje się Wilburem, ratując go przed kolejnymi próbami samobójczymi. Niestety starszy brat będący wartościowym człowiekiem, niedługo po ślubie z ukochaną kobietą zapada na nieuleczalną chorobę, która w konsekwencji doprowadzi go do śmierci. Nieuleczalna choroba nie będzie przeszkodą w rozwijającym się romansie pomiędzy zoną Harboura a Wilburem.
Czemu Wilbur chce się zabić? Według mnie z nudów, braku obowiązków, zainteresowań, miłości itp. Starszy brat wraz ze śmiercią przekazał mu je w spadku. Umarł, aby Wilbur mógł żyć.
Tajemnica Syriusza – ocena 5
Właściwie prawdziwy tytuł tego filmu powinien brzmieć “wszeszczoty”, czy “krzykacze”. W jerzyku polskim tytuł został mentalnie uproszczony. Daję piątkę za niesamowity klimat, mroczny, klausrtofobiczny, pełen niespodzianek. Film powstał na podstawie opowiadania Philipa K. Dicka i jest uważany jako drugi najlepszych adaptacji filmowych twórczości K.Dicka po Blade Runnerze, ale znawcy opowiadania mówią, że prawdziwa historia jest jeszcze ciekawsza.
Eh, trzeba wrócić do Dicka…
Dżungla – ocena 4
Historia produkcji Walta Disneya, podobna jak kropla wody do Madagaskara Dreamworksa. Mieszanka humoru, gagów, przyjaźni i wzruszeń. Animacyjnie bardziej staranie dopracowana niż Madagaskar, chociaż uważana przez wiele osób za produkcję wtórną i naśladowczą.
Mile się ogłada i jest naprawdę śmieszna. Polecam sceny z gołębiem lub hipopotamem, broniącą własna dziecię .
Tupot małych stóp – ocena 5
Obsypany nagrodami, w tym również oscarem za najlepszy animowany film długometrażowy. Dużo lepszy, niż wspomniany wcześniej film, również o pingwinach o tytule “Surf up”. Myśłałam na początku, że będzie to typowa bajka, jakich jest wiele w ostatnich czasach, natomiast zaskoczył mnie niesamowitą dbałością o szczegóły wykonania oraz poważne potraktowanie tematu ekologii.
Poza tym nie widziałam jeszcze animacji w formie musicalu. Choreografia również była zaprojektowana świetnie.
Gdzie jest Nemo – ocena 5
Ta bajka zawsze mi się podobała odkąd obejrzałam po raz pierwszy, a było to…w 2003 roku. Świetny humor, pomimo upływu lat jest nadal bardzo śmieszna. Pięknie jest przestawione życie w oceanie – twórcy korzystali z konsultacji naukowców-specjalistów oceanologów i echatologów. Zabawne postacie rekinów, pelikanów, żółwi morskich…
Oscar za najlepszy długometrażowy film animowany.
Gremliny 2 – ocena 3
Nie widziałam uwielbianej przez wiele osób jedynki, ale Grmeliny2 są dobrą rozrywką na wieczór, w którym bardzo nam się nudzi nic więcej. Najście upiornych śmiesznych ludzików na budynek korporacji jest “tylko” zabawne. Chyba najbardziej lubią ten film widzowie, oglądające Gremlinów jeszcze w dzieciństwie. Teraz chwałą sobie ten film ze względów sentymentalnych. Trochę starsi, do których (niestety!) zaliczam się już nie czują tej magii i bajki (przy dzisiejszej mnogości filmów i efektach komputerowych!). Już maskotki z Gimzo nie są modne .
40-letni prawiczek – ocena 2
Raczej słabiutki film. Pomysł na komedię zawierał w sobie ogromny potencjał i naprawdę można byłoby zrobić świetny film z wieloma zabawnymi sytuacjami i gagami. Twórcy jednak wg mnie poszli po najmniejszej linii oporu, fundując humor ordynarny, prawie gastryczny. Jedynie, co film broni to rola Steve’a Carella, który świetnym komikiem jest, co pokazał, chociażby w Ewanie Wszechmogącym, który był naprawdę bardzo śmieszny oraz końcowy radosny hipisowki taniec, który chyba był najlepszą sceną w tym filmie.
Rybka zwana Wandą – ocena 4,5
Tutaj juz mamy do czynienia z prawdziwą komedia, która ma wszellkie jej cechy. Film jest naprawdę prawdziwą rozrywką , zawierajacy elementy kryminału, wątek miłosny, swietną gre aktorską, prawdziwie angielski humor, szybko i zgrabnie toczącą się akcję, no i oczywiscie efektowny happy end.
Jeden z najlepszych scenariuszy komediowych, szczególnie przypadł mi do gustu wątek z pieskami starszej pani oraz nieszczęśliwego małżeństwa głównego bohatera.
Azyl – ocena 4
Film jest naprawdę świetnym thrillerem, który trzyma w napięciu, aż do konca seansu, lecz znając wcześniejsze produkcje rezyserii Davida Finchera, takie jak Podziemny Krąg, Gra, Siedem, czy nawet Obcy 3, po filmie mozna byłoby się spodziewać znacznie więcej. Pomysł na Panic Room jest naprawdę ciekawy, tak samo jak prowadzenie akcji i nie sposób na filmie się nudzić. Zabrakło zagadki, typowej dla filmów Finchera, zaskakujacego genialnego zakonczenia, jakie miały miejsca w jego poprzednich filmach.
Wigilijny Show – ocena 4,5
Przyjemny film w sam raz na przedświateczny wieczór. Dobre, ciepłe, rodzinne, wzruszające i trochę naiwne kino z elementami komedii. Film o tym, że należy byc dobrym i chojnym pomagać słabszym i nie myslec wycznie o sobie, bo mozna pozostać samotnym i nieszczęśliwym. Film w zgrabny sposób wykorzystuje elementy “Opowiesci Wigilijnej” Charlsa Dickensa, chcoiaż rozgrywa się w korporacyjnej współczesności i epoce wszechobecnej telewizji.
Władca pierścieni. Druzyna Pierścienia i Władca Pierścieni. Dwie Wieże – ocena 5
W Święta miałam okazję ogładać wersje rezyserskie dwóch wspaniałych ekranizacji prozy Tolkiena Władcę Pierścienia. Co przeniosło mnie na długie godziny w basniowe krainy swiatu fantasy. Dbalość o każdy szczegół w tych filmach jest po prostu zdumiewająca, a piekno obrazu i dźwięku na prawdę cieszą duszę. Sądzę, że cała trylogia na trawle zaogości w dzieidzctwie kinematografii a na koniec trochę muzyki z filmów.
Wszystko za życie – ocena 5
Film powstał na faktach autentycznych i opowiada o Christopher McCandless, który po ukonczeniu colledge’u z wyróżnieniem oddaje wszsytkie swoje oszczędności na cele charytatywne, niszczy dokumenty tożsamoscia, katry kredytowe, porzuca na drodze samochód i wyrusza z plecakiem w nieznane. Wędrówka zajmuje uciekinierowi 2 lata, kiedy bez środków do życia i całym dobytkiem schowanym w plecaku przymierza autostopem, kajakiem, towarowym pociągiem Stany Zjednoczone, zachaczając nawet o Meksyk. Jego ostateczny cel to Alaska, dosłownie i w prznośni, gdyż wędrówka bohatera konczy się jego śmiercią.
Film wydawałoby się jest dość długi na taką prostą historię, lecz opowiedziany naprawdę ciekawie. Bohater po drodze spotyka wielu dobrych ludzi, które stają się jego przyjaciółmi, lecz on tak naprawdę nie potrzebuje wcale ludzi, co więcej odnosimy wrażenie, że ma ich gdzieś. Jego serce pcha go dalej od zepsutej cywilizacji w dzicz, głusz Alaski. Wzorując się na bohaterach opowiadań Jacka Londona chłopak próbuje mieszkać w ekstremalnych warunkach polując na dziką zwierzynę, z atlasem jadalnych i niejadalnych roslin w ręku szuka pozywienia. Niestety jego swoisty egoizm gubi jego samego doprawadzając do śmierci.
Wędrówka Alexa Supertrampa (takie imię przybiera nasz bohater) jest naprawdę ciekawa, mozna nawet powiedzieć, że chłopak czuje się wolny i szczęśliwy, lecz kuszenie losu nie wychodzi na dobre a natura dopomina się o nalezyty jej szacunek.
Film posiada fajne zdjęcia, ciekawą ścieżke muzyczną oraz oczywiście zmusza do refleksji, a takie filmy lubię najbardziej
Po dużym sukcesie musicalu „Moulin Rouge” Baz Luhrmann postanowił stworzyć dzieło nawiązujące do takich filmowych superprodukcji jak „Przeminęło z wiatrem”, „Pożegnanie z Afryką”, czy „Lawrence z Arabii” jednocześnie poznać korzenie kontynentu, z którego pochodzi – tytułowej „Australii”. Film w odróżnieniu od poprzednich produkcji Luhrmanna nie jest bynajmniej musicalem, chociaż Nicole Kidmann w pewnym momencie nawet zaczyna śpiewać, ale nie idzie jej to tak dobrze jak w Moulin Rouge. Najbardziej utalentowani muzyczni w filmie są Aborygeni – przybrany synek głównej bohaterki chłopiec Nullach, czy jego zupełnie „dziki” dziadek, zwany King Georgem. Wracając do określenia gatunku filmu będzie to nie lada problem – produkcja łączy elementy melodramatu, przygodowego filmu drogi, filmu wojennego, aż do komedii, gdyż elementów zabawnych jest również mnóstwo.
Film rzeczywiście został zrobiony z rozmachem. Początkowo obawiałam się wysiedzenia w kinie owych 2,5 godzin, ale minęły szybko, a historia była naprawdę ciekawa. Nie dziwi, więc fakt, że nad nią pracował nie jeden, lecz cały zespół scenarzystów. Chociaż podobno odtwórczyni głównej roli kobiecej – Nicole Kidmann przyjęła ponoć rolę bez czytania nawet scenariusza. Zarówno reżyser jak odtwórcy głównych ról: Nicole Kidmann i Hugo Jackman potraktowali ten film jako swoisty „powrót do korzeni”, gdyż wszyscy trzej są Australijczykami, co moim zdaniem filmowi wyszło na dobre, gdyż został stworzony przez pasjonatów.
Australię polecam do oglądania przede wszystkim w kinie, gdyż film jest naprawdę …piękny, zapierające dech dzikie krajobrazy Australii, piękne sceny pokazujące pędzenie dzikich koni, czy udomowionych, ale nie mniej jednak dzikich byków. Wszystko okraszone wzniosłą muzyką w stylu starych dobrych kinowych superprodukcji ubiegłego wieku. Film zgrabnie nawiązuje do dziedzictwa kinematografii, wykorzystując motyw „Czarnoksiężnika z krainy Oz”.
Narratorem w filmie jest mały Nullach, chłopiec półkrwi na połowę jest aborygenem, na połowę białym. Naprawdę naturalnie i wdzięcznie zagrał, chociaż nie jest aktorem został wybrany spośród tysiąca chłopców na castingu do filmu i musiał przejść przez specjalne szkolenie, przygotowujące do roli aktora. Chłopiec miał w sobie dużo magii i nawiązywał do magicznej kultury Aborygenów, którzy potrafią zatrzymać spojrzeniem stado byków, czy przejść przez wymarłą i pozbawioną wody krainy Nigdy Nigdy. Uczył nas również wolności, że nie możemy żadnej osoby posiadać na własność, jedynie cieszyć się z chwil spędzonych z nią.
Sądzę, że Australia ma duże szanse na uzyskania statuetki oscarowej, jeżeli nie za najlepszy film roku (profesjonalni krytycy dopatrują w filmie różne braki i minusy), to za montaż zdjęcia lub inne kategorie techniczne.
Co to jest horror chyba każdy wie. A czym na przykład różni się od thrillera? Otóż tym, że w thrillerach zagrożenia są realne i wielce prawdopodobne jak np. epidemia, czy katastrowa lotnicza, zabójstwo itp. W horrorach zaś niekoniecznie.
Czy lubię oglądać horrory? Owszem, ale dobre horrory, np.
Lśnienie
Inni
Carrie
Obcy (szczególnie III część)
Egzorcysta
Poltergeist
Są też gatunki horrorów, za którymi nie przepadam, co więcej zamierzam je skrytykować np.:
Gore – czyli horror z duża ilością krwawych scen, epatowanie wnętrznościami i przemocą. Częstym elementem filmów gore mogą być dewiacje seksualne, tortury i eksperymenty. Źródło
Nasza podświadomość to delikatna istota, która jak gąbka wchłania złe i dobre myśli, obrazy, słowa. A przecież chcemy mieć udane życie, dom pełen miłości, sukcesy zawodowe, dobrych przyjaciół itp. Zawsze to co jest wewnątrz nas odbija się na zewnątrz. Jeżeli zauważymy, że coś z naszym życiem jest nie tak, czy przyśladuje nas pech, to powinniśmy zerknąć wgłąb siebie i sprawdzić, czy rzeczywiście mamy w środku wszystko poukładane jak należy.
Ktoś może powiedzieć, że ma mocne nerwy i w ogóle ok, nic to go nie rusza. Ale czy nie ma na świecie rzeczy wystarczająco ciekawszych od bezsensownej przemocy i straszydeł. A może jest zbyt gruboskórne i inne rzeczy nie powodują już w nim dreszczyku emocji? Czy życie nie jest za krótkie, aby poświęcać go na oglądanie brzydoty, rozkładu i chaosu?
Fani horrorów mówią, że może być np. w Pile głębszy sens. Może faktycznie coś tam jest moralizatorskiego, lecz czy nauka nie jest łatwiejsza i słodsza jeżeli jest podana na tacy dobra i piękna?
I na koniec, jeżeli ktoś uważa, że świat jest zły i zepsuty, to świat faktycznie takie jest. Ale tylko dla niego.
A teraz będzie coś na temat mojej filozofii życia. Zainspirował mnie do przemyśleń film „Sylvia” – o poetce Sylvii Plath. Film przeciętny, nie wybitny, ale nie jest taki zły. Miałam ochotę go zawsze obejrzeć, jak tylko przeczytałam recenzję w CJG „Wzborczej”. Kto słyszał o tej bohaterce wie, że jest to postać tragiczna, która popełniła samobójstwo w wieku 30 lat, nie mogąc uporać się z pogłębiającą się depresją i odizolowaniem, zostawiając 2 dzieci. Sądzę, że film nie oddaje w pełni ani osobowości, ani twórczości poetki skupiając się głównie na problemach małżeńskich Sylvii.
Ale odetnijmy się od prawdziwej Sylvii Plath rozważmy wyłącznie bohaterkę filmu. W filmie jest takie zdanie o zdradzie – poetka zastanawia się, czy zdrada jej męża była w rzeczywistości czy najpierw urodziła się w jej głowie? Otóż moim zdaniem jest to bardzo prawdopodobne. Nasilające się, uporczywe myśli materializują się w rzeczywiste zdarzenie.
Jest bardzo popularny pisarz w Rosji o imieniu Vadim Zeland, który opracował koncepcję „Transferingu rzeczywistości”. Główna tezą jest niekończąca się przestań rozwoju wariantów przyszłych wydarzeń w życiu. Poruszamy się w labiryncie rzeczywistości za pomocą siły swoich myśli. To, co myślimy w środku i jak postrzegamy rzeczywistość przyciąga do nas odpowiednie zdarzenia zewnętrzne.
Mając tę wiedzę powinniśmy nie dopuszczać do siebie myśli negatywnych, jeżeli nie chcemy, aby coś nam się złego przydarzało. Zwykle to, czego najbardziej się boimy spotyka nas. Albo i nie. Zależy od tego jak bardzo poważnie podchodzimy do swoich obaw, złych odczuć itp.
Jak z tym walczyć? Dajmy sobie trochę luzu i humoru. Wymyślmy sobie jakieś fajne przezwisko, za każdym razem jak złapiemy „doła”, np. „cierpiętnica od siedmiu boleści”, czy „królewna na ziarnku grochu”.
A jeżeli chcemy przyciągać do życia określone pozytywne wydarzenia. Myślmy o nie w ten sposób, że one już nam się przytrafiły. I przytrafią się.
Wczoraj ogłądałam (z pewnymi przerwami) “Co wydarzyło się w Madison Country”. Tam fotograf Robert Kingard mówi mniej więcej takie zdanie: “Nawet jeżeli jakieś moje marzenie się nie spełni, cieszę się z tego, że w ogóle je miałem”.
Bardzo trafne spostrzeżenie, daje trochę luzu człowiekowi i zdejmuje z barków poczucie niewykorzystanych szans, dni, godzin…