Gran Torino to jeden z najlepszych filmów, które widziałam w ostatnim czasie. Co od razu zwraca uwagę i przekuwa uwagę to świetnie napisany scenariusz z błyskotliwymi „pełnokrwistymi dialogami”. Główny weteran wojny wietnamskiej Walt Kowalski jest niepoprawnie politycznie patriotą, starzejącym się mężczyzną, ale tak naprawdę facetem z krwi i kości, męskim, mającym swoje zasady, zdecydowanym. Pomimo swojego wieku nadal idealistycznie próbuje naprawić świat, chociaż częściej górę bierze zgorzknienie i niepogodzenie się z otaczającą rzeczywistością.
Walt Kowalski po śmierci żony zaprzyjaźnia się z sąsiedzką rodziną azjatycką. Chociaż nazywa ich „żółtkami” w pewnym momencie właśnie oni stają mu się bliżsi, niż własna rodzina, próbująca wysłać go do domu spokojnej starości. Właśnie tą rodzinę próbuje chronić przed najazdami chuligańskich gangów. Również inne drugoplanowe postacie – nawiedzony młody ksiądz, czy fryzjer świetnie dopełniają całą historię. Końcówka filmu jest mocna i zaskakująca, a cały film jest zgrabnym majstersztykiem, na dłużej zapadającym w pamięć.
Star Trek IV jest kolejnym filmem z tej „złotej” serii, którą zaczęłam jakiś czas oglądać i muszę przyznać, że jeden najlepszych. Dużo bardziej mi się podobał, niż obecny nowoczesny, nastolatkowy „Star Trek” grany obecnie w kinach. „Czwórka” porusza ważną tematykę ekologii i niebezpieczeństwa eliminowania przez Ziemian zagrożonych gatunków zwierząt ( w tym przypadku Waleni). Poza tym ten Star Trek należy do jednego z najbardziej zabawnych, gdyż dzieje się w czasach obecnych, do których załoga Kirka musiała zawędrować w celu ratowania humbaków. Zetknięcie się dwóch światów – idealnego rozwiniętego moralnie świata z przyszłości a obecnym – nasiąkniętym pewnym prymitywizmem oraz dążeniem do wojen – jest okazją do licznych zabawnych sytuacji. Poza tym film zawiera parę trafnych spostrzeżeń filozoficznych (Spok w najlepszej formie) na temat człowieczeństwa i towarzyszących mu uczuć.



Muszę przyznać, że ten film mnie mocno zaskoczył. Przez pierwszą godzinę oglądałam bez przekonania, odrobinę się nudząc nie mając zielonego pojęcia, co to za klimat (jest to moje pierwsze zetknięcie się ze Star Trekiem). Natomiast w drugiej godzinie nie mogłam oderwać wzroku, mając w sobie poczucie wielkiego „WOW”. Końcówka niezwykle niespodziewana.
Otóż na Ziemi zaczyna brakować tlenu i ludzkość postanawia wytwarzać go za pomocą alg i glonów na Marsie, jednak cos się na planecie staje, co sprawia, że algi przestają rozmnażać się. Ekipa dzielnych astronautów wraz z piękną? panią kapitan (znana z Matrixu Trinity) lecą za zwiady i w celu uratowania ludzkości. Później już same niekonsekwencje, okazuje się, że na marsie jest tlen! Wytwarzany przez pewnych robaków, zjadających owe algi Lecz dzielni kosmonauci, wymierają po kolei (z różnych przyczyn, które nie będę zdradzać), pozostaje ten najlepszy Robby Gallagher (grany przez Van Kilera, który zdobywa zaszczyt dostąpić ręki pięknej pani kapitan. Happy End, napisy końcowe i w ogóle. Między czasie w filmie mamy wątek zbuntowanego robota, który niesamowicie przypomina Obcego swoim krwiożerczym zachowaniem. Nuda i żenada. Nie polecam! Do „Pamięci Absolutnej” ten film dzieli prawdziwa przepaść.
Na Ziemię ma spaść kometa, czyli typowa tematyka katastroficzna. Dla uratowania ludzkości w kosmos lecą dzielni astronauci, którzy ratują Ziemię, ale giną. Jednakże kawałek komety jednak wpada do oceanu i kolejni ludzie giną. Lecz nie wszyscy, chociażby irytujący odkrywca komety, chłopiec o nazwisku Biedermann (Eliah Wood). Coś stylu „Armagedonu”.
